CAFE -
archiwum tekstów

 

 
 


Pizgając Wino i duszę...

Posucha. Żadnej dobrej muzyki. Nic. Z kasą musisz się liczyć. Nic tylko chleb powszedni - praca dom, praca dom. Masz marzenia, te duże i maleńkie. Dokładnie, masz marzenia, nic więcej. Nie robisz dokładnie nic, aby cokolwiek zrobić. Zostajesz przy swych marzeniach. Nie masz ochoty działać, wolisz pizgać wino z musztardówki. Problemy pojawiają się, co dzień. Główny to cena piwa i paliwa. W końcu jakoś trzeba po to piwo zajechać…

Więcej na świecie pojawia się ze snów. Nie, marzeń, a snów. Ktoś kiedyś powiedział „miałem sen”. Coś się z tego urodziło. Pewna krzywizna o pewnej stałej została zmieniona… gdzieś pojawił się wyłom. Świat nie był już taki sam.

Do marzycieli się nie strzela. Nie strzela się do krzykaczy. Nie strzela się do przeciwników politycznych, ani populistów. Strzela się właśnie w tych, „co mają sen”. Ich wyrywa się z domu o pierwszej nocy. Podsłuchuje telefony. Rozpędza się całą nagonkę. Włazi po samo gówno w ich życie. Sąsiedzi zaczynają krzywo patrzeć. Zaczynają się wszyscy bać. Strach nie pozwala im mówić. Sąsiad sąsiadowi krępuje ręce. Obumiera równość, gdy przyśni Ci się coś niezgodnego z formułą. Z przepisem na prawidłowe życie. Zaczyna obumierać w tobie coś stałego, coś, na czym cały czas Ci zależało. Chciałbyś wykrzyczeć, pierdolnąć im prosto w ich wstrętne ryje – odpierdolcie się! Dajcie mi punkt podparcia…

Nic się nie dzieje. Znów budzisz się. Nie ma go już. Boisz się. Wstajesz jak robot. Płacisz haracz. Wychylasz złudne używki. Obumierasz znów na jakiś czas. Starzejesz się. Nie zależy Ci. Zwalasz trajektorię losu, swoją, a także innych na wszystko. Chodzisz konsumujesz. Tworzysz swój byt. Wpływasz miałko i nijako na byty innych. Wciągasz kreskę. Spalasz jointa, wchodzisz w złudną fascynację snu na jawie. Wydaje Ci się, że nie możesz, a to robisz. Zaczynają budzić Cię zmory. Szukasz gdzieś nowych wrażeń, ale tylko takich…… które……. Można……….kupić.

Fajny jak się go kopie..

No to właśnie dziwne wszystko jest. Niby człowiek cały czas wie jaki jest, kim jest i do czego jest zdolny. A później ni stąd ni zowąd dowiaduje się, że jest kutasem, albo jeszcze inaczej, ze jest zdolny do wzniosłych uczuć. Miłość, rozbawia, każdego, a później rozmielona na milion kawałków okazuje się kolejną rozreklamowaną miazgą zbitych słów.
Zakazaliśmy się wczoraj po legalu. Otwarliśmy własne istnienie na istnieje większego Ja, niż zakładaliśmy wcześniej. W tej całej maskaradzie, którą przybraliśmy w tym towarzystwie, wszystko nas śmieszyło. Nie mogło być inaczej. W pewnych momentach, w których zdawało mi się, że jestem i nie może być inaczej, czas zwolnił, a ja opadałem coraz bliżej. Stawiałem coraz bardziej na to, że to, co mnie otacza jest materialne.
Trywialne zdarzenia, które nimi nie były, powoli odeszły i nie chciały wrócić. Obudził mnie dzień dziecka, jakieś tam święto, którego wcześniej nigdy nie dostrzegałem. W bólu zawsze przeżywałem to, czym w tym dniu raczyła mnie telewizja. Że dziękować mam za to, że mam jak mam, bo inni mają gorzej. Zamiast cieszyć się choć raz w tym dniu, kolejny raz kochane i magiczne pudło przypominało mi, jaki to jestem beznadziejny. Jak sen pijanej królowej Margot wciska mi codzienność wraz z poranną kawą. Niegodziwość tego świata nie pozwala nam nawet odpuścić naszej dziatwie. Znużenie ekscentrycznych panów i pań zwyrodniałym dniem dodatkowo jeszcze podszyta. Tylko w klanie, głupim serialu, niczym w baśni Andersena, nagle wszystkie problemy z dzieckiem się rozwiązują... i ktoś staje się lepszy... Chyba już wiem, co te wszystkie nasze matrony widzą w tych serialach... happy end. Bo cokolwiek by w serialu się nie działo, on zawsze jest. Piesek znajdzie drogę do domu, a każda sytuacja oddaje cześć prawdziwemu szczęściu.

„- Dobrze – powiedział tata – zakopcie dół, dzieci.
Ale chłopaki nie chciały zakopać dołu.
- Taki dół – powiedział Kosma – jest fajny, jak się go kopie, ale zakopywać to żadna
frajda.”
Sempe Gościnny – Wakacje Mikołajka

I ot całość dzieciństwa, i niedorozwoju, coś jest fajne, lecz tylko z jednego kierunku, od jednej strony. Te wszystkie miliony poddanych w naszej gminie, wiedzą tylko o jednym. O swojej racji. Nikt nigdzie i w niczym i w nikim, nie widzi jego drugiej strony. Jak w Alicji w Krainie Czarów. W owej drugiej stronie życie wygląda inaczej, wszystko jest na odwrót, a tak jest w duszy każdego człowieka. Nie mnie rozliczać, kłaść nowe sytuacje, odrodzenia zwiastuny, lecz przyklękam i niczym Babinicz zbawiać świat mam ochotę. Nie pokażę swej prawdziwej istoty ducha. Przysięgałem wierność, więc jej dochowam, bo tego wymaga ode mnie stara rycerska kultura i zwykła ludzka przyzwoitość.

Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Czy istnieje coś takiego jak przyjemny weekend, czy też on jest dlatego przyjemny, że po prostu nie istnieje. To tylko dwa zwykłe dni, przeznaczone na konsumpcję dóbr, na które pracowaliśmy cały tydzień. Oddajemy się przeróżnym przyjemnością, zwykle niewyrafinowanym. Wszystko to nic, granda. Totalna głupota. Wszystkie subkultury, wszystkie grupy społeczne, wykorzystują czas wolny, aby bawić się. Tak jak w starej piosence Natalii Kukulskiej – bo fantazja jest od tego aby bawić się. Pamiętam ten kawałek, ponieważ wtedy mniej skończyła się moja zabawa z tego typu muzyką. Odkryłem, przyszedł do mnie, dotknął i zgwałcił tzw. Punkrock i zawładną moją duszą, żołądkiem, wątrobą, a nawet w pewnych specyficznych okolicznościach dupą (pozdrowienia dla wszystkich pamiętających murek, amfiteatr i wiele innych miejsc). Czas wolny, to najgłupszy wymysł społeczeństwa postindustrialnego. Człowiek społeczeństwa industrialnego po całotygodniowym siedzeniu w pracy, najczęściej wybiera wypoczynek bierny w postaci siedzenia w barze i opowiadaniu z kolegami jak było w pracy. A w pracy opowiada później i to często tym samym osobom, jak było w barze. Jakież to marnotrawienie czasu, a można by wtedy obalić rząd, i wprowadzić tańsze piwo! Piwosze internetowi łączmy się w klany i na Sejmy. Zawołamy veto – może drożeć jedzenie, służba zdrowia, paliwo, jedzenie, ale wara politycy od piwa. Kiedyś święta byłą eucharystia, teraz jest piwo. Rzeczy świętej się nieoopodatkowuje bo niemoralne świętokradztwo.

Z przymrużeniem oka, przed północą, bez służby bezpieczeństwa, z zakazem sprzedawania  alkoholu. Zakaz wprowadzony przez moralnie podejrzanych typków, różnego rodzaju plugawych
polityków, oszustów, złodziei, czyli po prostu przez rządzących wybranych przez nas...  którzy są naszym, naszego społeczeństwa odbiciem.

I ja tam byłem. A to co widziałem, dziś w tych pięknych kartach zapisuję.... by potomkowie wiedzieli, że piekło Dantego, patrzy na nas codziennie...

Przem.


 

Ciało jako mit który staje się faktem


Te pewne nieistotne momenty okazały się tym, że to co dziś było niemożliwe, dziś już jest tym, czym nie zaprzątamy sobie głowy. Ciało jako towar. Pojawia się w umyśle jako schemat seksualnych wyobrażeń. Jako motyw, który należy bronić. Jako to, czego nie rozumiemy. Jako coś, co można sprzedać. Wszyscy bez względu na wiek, pochodzenie i moralność, zauważają, że nie jest, tak, iż seks jest czynnikiem utwierdzającym w przekonaniu, że wszystko jest na sprzedaż. Atakujemy już swoje ja - przeróżnymi używkami, bo w razie potrzeby są cudowne środki, niczym panaceum na dni których jeszcze nie znamy. Gdyby ciało było towarem li tylko seksualnym, może nie byłoby problemu, ale kiedy za konkretne części ciała można zapłacić, a matka nie widzi nic złego w tym, że sprzedaje się oko dziecka, za konkretną kwotę, coś jednak w tym świecie jest nie tak. A wszystko zaczyna się od źródeł, nienaruszalnej doktryny Ja i integralnej całości człowieczeństwa.
Bogate części świata zaczynają, ba juz kupują organy ludzkie na zamianę. To jest coś, co nawet Orwellowi w swojej powieści się nie śniło. Tam przecież świat opierał się na władzy, ona była najwyższą wartością. Jak zwykle nasze ludzkie widzenie świata i uczłowieczanie Boga, pozawala nam na niechlubne zabawy z przeistoczeniem. Zło, którym jest pieniądz zaczyna się tłumaczyć, chęcią pomocy i ratunkiem życia. Obawiam się, że skostniały świat religii zastygł w jednym miejscu i nie potrafi się ruszyć w żadną ze stron. Czy to pozostać, przy swym wyraźnym scentralizowanym, patriarchalnym systemie, wywodzącym się jeszcze ze średniowiecza, czy też, tak jak mu się sugeruje zdemokratyzować się. Demokratyzacja nazwijmy tu umownie, i nieco śmiesznie „dostosowanie” jako swoiste panaceum na to wszystko co się dzieje wokół wiary. Istotnie kościół straciłby wielu wyznawców, ale czy zyskuje ich dzisiaj trwając przy swej nieugiętej postawie, broniąc tylko tego co dotychczas zdobył. W kościele katolickim w Polsce obecnie ścierają się dwa, a nawet trzy fronty. Dwa wyraźnie się już oddzielające. Front radykalny – patrz ojciec Rydzyk oraz liberalny czyli prawie cała pozostała cześć. Ostatni front o którym wspomniałem, to wszyscy Ci którzy to wszystko mają gdzieś.. którzy być może wychowali się w tradycji chrześcijańskiej i owa wiara jest dla nich stricte kulturowa. I nic więcej w tym nie ma,.
Kościół boi się wykonać jakikolwiek ruch. W sprawie Radia Maryja boi się wypowiadać, bo cóż, jest to istotna część kościoła, a w dodatku świetna maszynka do produkcji pieniędzy. A w końcu mamy demokracje i każdy może mówić co chce...
To co budzi mnie w środku nocy, to to, że człowiek to towar. Bóg jest towarem. Już ciało na Krzyżu jest symbolem, a więc towarem, który można sprzedać. Przed oczyma ukazuje mi się Prometeusz, z wyrywaną wątrobą... Gdy Patrzę na cierpiącego katusze mitycznego bohatera, widzę przed oczyma Jezusa, który także coś ukradł Bogu i dał człowiekowi. Jak za wszystko na naszym padole, musiał za to zapłacić. Gdy zabierze się coś boskiego zapłacić można jedynie ciałem.
Tak więc od mitycznych już czasów, nasze ciało to nic innego jak towar. I nie dziwiłoby by mnie to do dzisiejszego czasu, gdyby nie zaczęło się okazywać, że to nasze ciało staje się produktem. A produkt to taka rzecz, która nie jest trwała, i kiedy zaczyna się konkurować i wykradać władzę najwyższemu, jak wszyscy zapłacić możemy za to jedynie ciałem.
Gdzie jednak w tym wszystkim dusza i sumienie... sumienie uśpione głęboko zaczyna zniewalać duszę, oszukiwać smak herbaty cukrem i zabija nas powoli. Używki, zło konieczne stają się tym, co ukazuje nam chwilowe piękno. Piękno najgorsze z najgorszych – oszukane, zafałszowane.
Urwane dni, urwane marzenia, miłość do fałszywych chwil. Jak bardzo chciałbym, aby wszystko było łatwe. Aby nie władza była celem zdobywania władzy - a misja społeczna, czy też boska, jak powinno być w kościele. Kościół zaczyna zabijać się sam, jak Ojciec który bije dzieci, buduje w swej rodzinie niechęć do siebie samego i nienawiść do całej rodziny. Nie ma wtedy szans na odbudowanie całości. A lata zatracone w bólu są już nie do uratowania. Jedyną szansą kościoła i to każdego jest dialog i dyskusja, uszanowanie wreszcie zdania swoich wyznawców, bo są oni częścią kościoła. Ganieni, poniżani, wyśmiewani, nie traktowani poważnie, wreszcie uciekną od niego.
W Mickiewiczowskich Dziadach Konrad miał ogromną siłę i wolę by zmierzyć się z Bogiem. Bo wiedział, że zmienić można coś, jedynie postępując radykalnie i przeciwstawić się wersji najwyższego aktualnie promowanej. Boga nie ma i nie może być, bo nasze dni codziennie okupione były by krwawymi łzami... i nie krzyżowalibyśmy swoich kolejnych dni.
 

Orły poobracane dupami

 

Brzydzę się upiększaniem rzeczywistości. Tym wszystkim co sprawia mi jeszcze przyjemność - to ciągłe i uparte przedstawianie rzeczywistości takiej, jak ona naprawdę jest. Czuję niesamowity „filing”. Niesamowite uczucie pospolitego zwykłego zmęczenia. Basen zaliczyłem i towar, czystego jak majtki nastolatki pochodzenia kupiłem. Niechybnie browar na mnie zarobi. Będzie na walkę, z alkoholizmem, z nieszczęściami pospolitymi, z grzechem i rozpustą. Mścić się będą mogły matrony, na sztukach nieprzyzwoitych, co to dowalają młodym w ich jakże szczere i religijne serca. Niszczą kwiat młodzieży polskiej, zepsuciem, rozpasaniem, zachodnim modelem życia, telewizją. A tu kraj jest piękny. Tu matka z kurwikami w oczach na każdym zakręcie na każdego zagląda. Tu nasz piękny kraj. Nie ma legala na pedała, szumowinę ćpającą, lesby, nie ma legala dla roślin w oknach rosnących...

Smutek powiada, że tylko wtedy jest mną, kiedy poda mi swoją dłoń. Kolejny raz pogodzony ze swoimi głęboko ukrytymi przed wszystkimi chorobami, uciekam od siebie. Boję się, że w końcu sam siebie dopadnę, że ukłonię się nisko, w pas wręcz, śmierci sprawiedliwej. Martwię się, że nie zdążę oddać tekstu do wydruku, że ostatni raz rozpłaczę się bezsilnie i usiądę nisko na ziemi. W tych nie pojednanych chwilach nie znajdę w sobie tyle rozsądku, by wreszcie wybić sobie z głowy, wiary w miłość, wiary w sprawiedliwość, w to, że ten świat nie jest jednak taki zły. Te wszystkie serca wokół, które krążą jak sępy p atrzące tylko na to, czego nie zrobiłem, a powinienem - według ich lunatycznego podejścia do życia.

Zaczynam się schzofrenicznie okradać z własnych myśli, przyjmuję wszystkie dogmaty życia społecznego, jako coś ogólnie nienaruszalnego. Mszalne wino zapaskudzone przez nas samych, nie smakuje już tak jak dawniej. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie uciec, ale nie mogłem po raz kolejny wybaczyć nikomu, schylony w pas, wymiotuję, rzygam tym, co siedzi we mnie w środku. I nie można, nie można pod żadnym pozorem mówić, tego co się myśl, bo się okazuje, że za głupi jesteśmy, by oratorami zostać dnia powszedniego. Wołam schylony w pas. Szczekam wyprostowany, gram melodię Rzeczypospolitej czwartej jaką mi dają. Najważniejsze nie myśleć. Być sobą - grzech najwyższy. Wokół sami ludzie, którzy pod pozorem przyjaciół sprzedają Ci w plecy kopa. Nie uwierzę, bo uwierzyć nie można, że ten
jeden dzień, spędzony w tej naszej lokalnej spitej społeczności, jest kolejny dniem wolności. O którą tutaj nikt nie walczył. Bojąc się zapisują się tam gdzie modnie zapisać się trzeba. Wszystko zgodnie z ogólnie panującym ładem. Wiara miast być ostoją, staje się tym czym trzeba epatować nad wyraz. Nad wyraz jasno, by tożsamość swoją zachować... Tożsamość dwudziestu kilku barów...

Jadę sobie po wszystkich, bo u nich w głowie siedzi milicjant. Bo to oni są lepsi. Onanizatorzy własnego zdania. Pampersy rzeczpospolitej. Uciec... ale dokąd???

Przem.

Paź królowej – czyli bajka o sztóce

Ona jest moją heroiną. Ona oddycha moją duszą. Słodka dusza odchodzi. Jest moją bohaterką, narkotykiem dnia, pewnością słodkich twarzy. Skryte dni diabłem podszyte, nie dają mi  spać. Okłada mnie swoją niewolniczą siłą, rozkłada przede mną wabiąco nogi, daje mi się  ponieść. W końcu z mojej duszy zostaje ścierwo - jak ścierwo wtedy się czuję. Odejść nie mogę, oddać nikomu sekretu śmierci mojej sprzedać nie mogę. Każdy dzień boli w kraju jasnych odpowiedzi, ten wygrywa, kiedy pozytywka zagra. Rozpacz czarnymi oczyma ucieka. Nic nie mogę do Ciebie poczuć, bo dla mnie nie istniejesz. Krzyczę na czarne plamy na  ścianach naszych domów. Nikt nie może już być realny. Spotykam oddech swój, naprzeciw każdego dnia. Spalam jasność swojego myślenia co kilka minut. Więc w końcu udało mi się zakochać w waszej apatii. Uśmiecham się na samą myśl o niej. Nie potrafię przebaczać, bo nie tego mnie uczono. Spóźniam się co chwila, spoglądając głęboko w oczy heroinowego dnia. Detekcja uczuć wyłączona. Mleko moim cukrem. Wściekły i pełen animuszu, okładam swoje ciało, gdy gniew Boży wreszcie mnie dosięgnie, ani chwili się nie zawaham – oddam mu co moje, bo nie mam odwagi by go zabić. Kolejny raz sztuka staje się jawnym, ocenianym i dotowanym narzędziem władzy. Sztuka która jest składana, wpajana pod dyktando - jest dziwką i niczym więcej. Od wieków, kiedy nóż kroi serce króla, nie może być tak, że paź królowej rządzi. Cechą małych i krótkich mózgów jest to, że swą własną metodą obserwacji świata przycinają życie innych. Strach, ten jedyny strach, nie pozwala mi się bać, urywa zdania moje.
Pytam więc drogi narodzie, czy chcesz byśmy byli dotowani, kontrolowani, becikowani, wymiarowani? By sąd nad nami oddany Piłatom został? Jedyny cel władza – nad naszą grzeszną duszą. Jedyny cel – zniewaga wolnej myśli. Myśl zawsze groźniejsza jest niż miecz. Wiedza jest tym, która zabija i dlatego już teraz jesteśmy skazani. Bo nasze własne przemyślenia, nasze własne błędy, są naszymi największymi wrogami.
Kiedy wreszcie uklękniesz, pomodlisz się, zastanów się, wtedy może zrozumiesz paranoję Boga obecną w sztuce. Może zrozumiesz strach przed kimś wielkim, może zrozumiesz, że by pokazać pewne rzeczy trzeba uderzać mocno. Dać w sam pysk. A władza miast nadstawić drugi policzek, uderza w nas swym aparatem, derządzenia, aparatem represji, aparatem niezawisłych (???) sądów. Etyka mediów nie pozwala rozumieć, oddaje mocz z prawdziwych informacji, ozdabia się czarnymi elementami, przeżywa nierealne. Wtedy tragedia staje się namacalna wreszcie pilotem. Wreszcie kanał pierwszy, drugi a nawet trzeci – tragiczną winą obarcza wszystkich i wszystko. Bo łatwo stać po drugiej stronie lustra, jak Alicja w krainie czarów i udawać że rozumie się to prawdziwe życie, dotykając iluzji zmartwychwstania, śmierci, wybaczania oraz sztuki. Później wkraczają z „protestem do dżemików cioci Hani „bo obraża uczucia religijne”.

Odpowiedz sobie kiedy byłeś ostatni raz w galerii... i jakie ona ma szanse obrazić twój ciasny umysł, kiedy nie zostanie pokazana w pudełku tv, które ważniejsze jest niż krzyż – bo telewizor to prawda i sędzia ostateczny.
Amen

Przem.

 

Akademia sztuk Piekielnych

Czasami wiesz, że musisz wstać. Czasami wiesz, że musisz coś zrobić, czy coś zdziałać. A czasami wiesz, że musisz wypić, zapodać sobie w organa substancję nielegalną, bądź też legalną, lecz czy mniej trującą? Tak, więc bierzesz, co masz brać np. piwo i zaczynasz iść swoją ścieżką, bo jesteś Ja, a nie My. I to jest ważne. Nie po to Bóg chciał, aby to wino przemieniało się w jego krew, aby teraz plugawić swoje ciało brakiem jakichkolwiek toksyn. A nóż stanie się cud?
Organoleptyczna substancja staję się mym drugim ciałem, przestaję na chwilę oddychać, zaczynam już wierzyć w to że jestem nieśmiertelny, padam przed każdym ciałem obcym, które rani moja duszę, ilekroć tylko na mnie spojrzy. Tym bardziej przestaję już ufać dniom otwartym przez rozgrzeszenie, bo nic tak nie boli, jak wiara w to, że jesteśmy stworzeni dla siebie.
Nigdy nie potrafiłem tak spokojnie obudzić się na wpół przytomnie i spokojnie przyjąć kolejnego dnia. Swym poddanym już i uniesionymi w górę słowom nie dałem dojść do siebie i uśmiechnąłem się szatańsko, stwierdzając, że nie czas na prawo i nie czas na sprawiedliwość, bo sprawiedliwość jest wtedy, gdy tak samo jak inni nic nie mamy.  
Dosyć tych irracjonalnych wystąpień. Wsiądźmy w autobus i pojedźmy w otchłań, lub też spokojnie wysiądźmy na dwunastym przystanku. Możesz oczywiście przez te dwanaście stacji zadawać pytania. Wtedy, gdyby Ci dobrze szło, uzyskałbyś dwanaście odpowiedzi. Jednak zastanów się, czy tak naprawdę wtedy, kiedy zadajesz pytanie chcesz usłyszeć odpowiedź? A może chcesz otworzyć tylko otwór gembowy i masz nadzieję, że ze środka wylatuje motyl.
Teraz kiedy już napatrzyłem się na całą ta otoczkę, świt pełen zmartwień i nieszczęść. Gdy spojrzałem w polakierowany telewizor, który miga, tak samo, jak migał tak 20, 30 i więcej lat temu. Drży z niego ten sam strach, te same nieszczęścia, aż znajdujesz chwilę ukojenia, gdzieś skrywając pomięte banknoty i kupujesz Akademię Sztuk Piekielnych, dwa zdradzone oddechy taniego wina. Tak samo ten trunek, w droższym wydaniu podają na bankietach, gdzie kilku prominentnych działaczy, z kieliszka spija tą samą bezradność, te same przyczyny, te same przeklęte dni. Tak samo, przeżywa uczucia swojej żony, nienawiść do niej, którą kiedyś uważał za miłość. Dzieci te kilku lub kilkunastoletnie wyrzuty sumienia, zmarnowane i wypoczywające za 1200 brutto, uśmiechają się do swoich bliskich z tym samym, pełnym zażenowania wzrokiem.
Patrzę i widzę, uśmiechy, moherowe westchnienia, kapeluszową wyższość, niewiedzę popartą mieszanina wieczornego dziennika, podzieloną przez serial ogólnieznany o człowieku zwykły skreślony na papierze i przepisany oraz serwowany jako panaceum na duszę...


W mroźny wieczór, na przeciw przystanku na którym nikt nie stał - Przem.  


 

Królicza nora...

„...ale Alicja przyzwyczaiła się tak bardzo do czarów i niezwykłości, że uważała rzeczy normalne i zwykłe – po prostu za głupie i nudne. Jeszcze parę kęsów - i po ciastku.”

Lewis Carroll – Alicja w krainie czarów

Kobiety w butach z butiku wystąpiły po raz kolejny w zimowym pokazie kościelnym. Planeta, którą znamy, jeszcze raz odbyła swoją farsę nie robiąc sobie nic ze sloganów i frazesów dnia zauważanego tylko przez homo sapiens. Fachowcy od odśnieżania wystąpili do barów i jęli się dyskusji nt. napraw wszelkich stosunków wiejskich. Budynek sądu najwyższego lokalnej gminy stoi niczym monumentalny blok stojąc na straży samorządności, a młodzież dalej spala bolki za przystankiem, a rodzice świadomej seksualnie młodzieży, świadomej narkotykowo, alkoholowo, dalej świadomie nie zauważa niczego. Bo nie ma niczego bardziej groźnego niż telewizja, kino i cała ta zgnilizna zachodu która niszczy nas i naszą kulturę. To inni są zawsze powodem naszego nieszczęścia, bólu i tęsknoty. Winni siedzieć gdzieś powinni, w zamknięciu godziny odsiadywać, świadomie coby społeczeństwo spokojne mogło być. Te ludziska wstrętne co po szkołach siedzą, minutami, miast godzinami pracują, nasze dzieci, takie dobre oszukują. Pieniądze podatników marnują a my 30 procentowe bezrobocie przecież tak się zaharowujemy dla naszych dzieci, społeczeństwa, lokalnej społeczności, piesków niewinnych, tych chodników nie odśnieżonych. My kurwa. Nikt inny. Wszyscy spotęgowani wiatrem ze wschodu, powiewem z zachodu, z poprzewracaniem normalnym w dupach. Wszyscy i wszystko wiedzą najlepiej.
Ciężko na duszy człowiekowi, patrząc wprost na to co dzieje się wokół. Cool młodzież straszy, wręcz nudzi przez to swoim obnośnym konsumowaniem- nie wiadomo czego i wiadomo gdzie. Wydaje nam się, że te psy rasy aryjskiej straszą nas, że my się ich boimy. Nieprawda, drzwi meskalina otwierała już nie raz. Nie raz doprowadzając swojego użytkownika do ostatecznej rozgrywki z własnym Bogiem. Teraz jedynie słuszni, jedynie właściwi, szukają właściwiej drogi.

To później skoczyłem spokojnie gdzieś do znajomego, przedtem łykając kilka pigułek, co to znane są z reklam telewizyjnych i jakoś cudu, ozdrowienia nie zaznałem... sięgam pamięcią do poranków, kiedy swoją oportunistyczną postawą łykałem świeże powietrze i to wystarczało by nie odczuwać bólu, lęku ani niczego innego związanego z naszą otaczającą rzeczywistością. Wszystko niemal jak w Alicji z Krainy Czarów. Co innego czytasz, co innego widzisz. Chcesz już patrzeć, a gdy patrzysz chcesz widzieć to co tylko ty sam żądasz swoim umysłem. Nie zdajesz sobie sprawy, że odcinasz się od rzeczywistości takiej jaką zastałeś. Zaczynasz budować swoją schizofrenię na własny już rachunek, a matrix zaczynasz odczuwać racząc się tanimi bądź drogimi (w zależności od opcji) trunkami.

Ludziom żyjącym w świetle latarni, racząc się w markecie śmietnika, zdaję się, że odkrywają na nowo nowe światy. Widziałem tam znów kolejny raz tego samego człowieka. W tym samym momencie kiedy okazywało się że wy śpicie w butach. Karabin maszynowy znów uderza, strzela do mojej głowy. Ludzie znów budują ze skał zapory przed wolnym światem, który się nie uda. Bo któż może znać nas lepiej niż my sami. Oddychamy już tylko po to by nie dać złotówki biedakowi, by nie dąć rządowi, by nie dać sąsiadowi. Oskarżając ich wszystkich i każdego z osobna, o to, że to oni zabierają nam.

Niebieskie niebo zastrzeliło kolejnego chłopaka. Odczuwam już głęboka niechęć do drzwi. Po co nam je pokazano. Po co dano nam wolną wolę? Po co? Po co obudzono w nas nadzieje, że może być lepiej.

Dlaczego to wszystko wokół jest jak królicza nora???

Patrząc w uśmiech przystanku dnia 5 stycznia 2006 Przem.

 

Moherowy dzień...

Za Boga za dom, za ojczyznę, za moherowy beret. Za to wszystko czym nas okłamują. Nie damy się! Kolejny raz Ojczyzna w potrzebie. Martyrologia naszego narodu wzywa. Żydzi Komuchy! Złodzieje, szkolne prostytutki nie rodzące dzieci, tak jak potrzeba! Tfu morderczynie używające antykoncepcji - wstydźcie się! Nadchodzi 5 kolumna, żołnierze radia ogólnieznanego. Wreszcie nadpływają wyzwolenia chwile, dni są nasze policzone, tłumaczy się premier i jego żona, o radiu ma! powiedział już ładnie, każdy z nadchodzących elit. Wreszcie rozliczać nadszedł czas, toż i mnie rozliczcie, za wolność słowa, za to, że głupoty pisać odwagę mam. Wyzywam was. Zostaję, małolat głupi, co ani komuny nie zaliczył, ni postkomuny. Do partii nie należał. Taki najgorszy - pewnie degenerat. Wiadomo, młodzi - źli teraz, jak nie złodzieje, to komuchy! Jak nie nasi z Ligii - to alkoholicy, narkomani, albo i gorzej – żydzi!

To myślę, gdzie ja żyje? Jak to, co wokół złe i rozkradzione, nienarodowe. To nie nasze, to nie polskie, to kradzione, to żydowskie. Gdzie jest Polska? Gdzie?

W telewizji nowomowa – stan wojenny nikt nie pamięta? Rozliczać nikt nie wspomina. Najważniejsze – Kaziu nie mówić do premiera, Tony do kolegi można – nie pamięta nikt kiedy premiera – nowych podatków, nowych podwyżek – gaz, prąd – to nas wszystkich woła. Więc niech wyliczę ile mnie ratunek polski kosztuje, zazwyczaj 22% podatku na rozliczanie, na Unii dotacje, na premiera „wojaże”.  To się pytam, czym zawinił, skąd ta kara, kiedy wyzwolenie wreszcie przyszło? Tanie państwo? Toż ja nie wiem, czy ja komunist, mason, złodziej, czy też żyd. W urzędzie pracy emigrować każą – tam praca mówią bracie. Weź jedź – Polskę! Ojczyznę ratuj! Źle mnie wychowali, najpierw książki komunistyczne, później postkomunistyczne, katecheza chyba prowadzona była przez SB, taka historia nasza już popieprzona. To nie wiem, kiedy władza nasza powstała, czy to nasza rzecz czy pospolita rzecz. Nie wiem, czy na działa w Częstochowie się rzucać, czy pracy u podstaw na zachodzie dokonywać?

Chory z zazdrości, wściekły z radości, nie wiem czy mi się chce popić a późnie piss bo niewątpliwie po angielsku piss – sikać, mocz oddawać znaczy. Nie boję się nikogo, władzy w szczególności, bo co ekipa nowa, wroga nowego pokazywać zgoła chce – a później sama kona, jak okazuje się, że nie żywicielka partia a złodziejka... 

Z widokiem na przystanek autobusowy, za którym, tak samo jak zawsze młodzież spala bolki...  admin portalu wyznaje swe słowa... 19 grudnia 2005 23:43

 

Szubienica pokoleń

Sznurują mi usta paragrafami Wiążą mi ręce ustawami. Zasłaniają oczy kodeksami. Ciągle ktoś stoi za moimi drzwiami. Ktoś podsłuchuje rozmów między nami. Kiedy coś piszę patrzą mi przez ramię. Gdy krzyczę prawdę duszą mnie gazami.


Kim jesteśmy, że tak bardzo zależy nam na kontroli innych. Dlaczego płacimy tak wysokie podatki, bawimy się w farsę zwaną wyborami. Dlaczego chcemy, by policjant patrzył w majtki prostytutki stojącej na ulicy. Urząd Skarbowy, karał nas za swoje własne błędy. Gdy budzę się pijany, cały czas się zastanawiam, gdzie jest linia pomiędzy normalnością a absurdem. Gdyby reżyser Misia żył dziś, miałby niezłe pole do popisu. Owe parówki, w imieniu których występowali bohaterowie Barei „Parówkowym Skrytożerom mówimy NIE!” dziś absurdalnie do tamtych czasów lądują w śmietniku, gdzieś za sklepem, albo w najlepszym przypadku w misce dla psa.
Opary świetności wokół wiją się w prasie i na plakatach. Chciałbym wiedzieć, gdzie to jest. Gdzie jest to miejsce w którym teraz żyję. Jak przystało na prawdziwego krajana, nie potrafię już chwili przeżyć bez narzekania. Mam to, czego zawsze pragnąłem, lecz cały czas boli mnie, że gdyby nie to pokolenie przed, nie miałbym najmniejszej szansy na to co mam. Nie mogę pójść i dostać kredytu – bo paradoksalnie, aby go dostać musze udowodnić, że go nie potrzebuję.
Nasze pokolenie musi już żyć inaczej, wymaga się od nas dwa, ba! Pięciokrotnie więcej niż od pokolenia wcześniej. Mamy uczyć się, pracować i być odpowiedzialni sic! a kiedy popełniamy błędy, wszyscy wokół się dziwią.
Praca dla mojego pokolenia jest wartością najwyższą. Prawie połowa moich znajomych jej nie ma, a pozostali, z małymi wyjątkami ssają od swego pracodawcy 1000 brutto, kombinując jak tu załapać się na państwówkę, bądź kopalnię... które tez są w sumie państwowe. Tu znów w tych ślicznych krawatach siedzi pokolenie naszych rodziców – gdzie tylko dzięki ich „uczciwym” zabiegom można dostać pracę. Kopalnia przyjmuje wszystkich – wystarczy mieć to „coś”, owe magiczne coś, bez czego nie otworzymy żadnych drzwi.
Otwarcie drzwi do współczesnej dorosłości siedzi gdzieś głęboko w pokoleniu naszych rodziców, którzy cały czas nie rozumieją co się stało i jak sobie z tym radzić. Jedno jest pewne – gdyby ich rocznik, ich pokolenie było tak odpowiedzialne jak nasze – cóż, inaczej i na pewno lepiej wyglądałby nasz kraj.

Fragment tekstu zaprezentowany na początku tekstu pochodzi z piosenki zespołu TznXenna

Wiarołomne kłamstwa – Good morning Wiocho...

Zaczęło się tak niewinnie. Nawet kawa wtedy smakuje inaczej. Sami w pustym domu, czujemy się wypełnieni jakimś magicznym posłuszeństwem wobec natury. Zapominam w końcu o całej brudnej polityce, o tym że wreszcie ktoś zrobi porządek. Nareszcie rozhipnotyzowany od maniakalno-prześladowczego przekazu wiadomości, czuję się na chwilę szczęśliwy. Nie musze się przejmować dziećmi z Azji, ani nawet Koniecpola. Nawet nie muszę się już, kiedy wyłączyłem ten przeklęty telewizor, przejmować swoim poziomem patriotyzmu.
Nie klęczałem i nie wspominałem martwych ciał, bohatersko a często bezimiennie poległych, których jedyną myślą wtedy był dom i rodzina. Siedziałem spokojnie w kinie i chłonąłem jakiś tam przekaz, który upominał mnie, że nie wolno jednoznacznie oceniać - nikogo i niczego.
Na co dzień zaczynam konsumować dobro a zło pojawia się na indywidualnym koncie z dostępem do niego online 24h na dobę. Sen niczym martwa historia ciągle przypomina mi, że moje wiarołomne kłamstwa nie mogą czekać. Toteż, gdy umarłem po raz pierwszy- wyobraziłem sobie, że mnie nie ma. A gdy jednak uporczywie, pewne osoby przypominały mi, że jestem, stwierdzam, że tak być nie może. Nie może nas otaczać wieczne kłamstwo, obłuda niedzielnego nabożeństwa, sobotnia dyskoteka, jako fragment życia kulturalnego wsi. Zgniła już przez samo to, że nie potrafimy już tam odnaleźć tego, czego szukamy. Dobra zabawa zaczyna się od obalenia flachy, zapodania kreski z blatu, wyjaraniem zielonego.
Szukam natchnienia w książkach, w opowiadaniach Łysego i jego kumpli. Nigdzie nie mogę znaleźć rady na to, co chcę osiągnąć. Spokojnie ludzie w końcu i tak zaczynają kłaść mi nogi na stół i tak przez cały czas obracają swoje cienie wokół moich myśli i działań.
Skrywane uściski wokół domu, tego jedynego odnóża spokoju, dobra i światawątpliwości, pozwalają przeżyć. Dom opluwany na co dzień, a to tam dotykałaś czule swojego ciała. Tam pierwszy raz zobaczyłaś, że bycie sobą, piękną i nierealną a wręcz nierzeczywistą istotą jest niemożliwe. Spokój w głowach, pozostał już tylko nielicznym. No więc zabieram swój notes, wychodzę na ganek. Nie odnajduję go. Idę na obiad, nie konsumuję, bo wokół wszyscy spożywają lunch. Jakoś mi głupio, stajemy się permanentnie głupi. Miejscowa młodzież, w swojej paraliżującej matni staje się śmieszna. Wkłada dwa palce w gębę i.... rzyga, wymiotuje plwocinami swojego utrapienia.
Gdybym miał zwierze kupiłbym mu paszport. Zawiózł do rzeźni i przyglądał się jak strzelają (jemu) w łeb. Jak jego każda część zostaje zmielona, przetworzona i wykorzystano do końca, aby wreszcie trafić na nasze talerze. Przyśni mi się później jeszcze nie raz, bo nie będzie miało innego wyjścia, jak odwiedzać mnie w moich chorych, zdewaluowanych już do poziomu zero – urojeniach.


Obudź się! Bo zawiozą cię do rzeźni...

Przem.

Auschwitz żyje, czyli taniec na grobach.

Cisza….

Sen jest marzeniem, który maluje moje spojrzenie, Składam kolejny raz przeprosiny, a te dwa piwa które stały w lodówce, wcale nic nie znaczą. Zahaczam kolejny raz o fale romantyzmu, przedzielone niewielką ilość alkoholu, a sam myślę o tym by się w końcu położyć. Później oddam to co się należy Morfeuszowi. Chwilami zakładam, że Ja jestem tym, kim chciałbym być, również chwilami śmieję się z tego tak, że może tego nie widać, ale jest. To jest ważne. Jest.
Aby schować się w dni których nie znamy, uciekam w momenty pewne i sprawdzone. Te dni, w których Ja znaczyło tyle samo, co dzień gniewu. Stałem krzycząc na skale. Stałem wtapiając się nagi w tłum, ludzi którzy nie zdawali sobie z tego, że jestem ich projekcją osobowości. W tej chwili, której wcale nie znacie, odnalazłem, coś, czego nigdy nie znajdziecie.
Uśmiecham się, kiedy Ona nadchodzi i przynosi, to co ma przynieść. Spokój w mojej głowie. Westchnienia moich ostatnich dni, wspomnienia rozżalonych i zranionych kobiet, bo przecież ważne są dni których nie znamy. Oswojony brakiem już tego, co nazywacie życiem, okradam sam siebie z nienawiści do Ja. Kolejny raz jak schizofrenik udaję, że wiem o co mi chodzi, tak o co mi chodzi…

Cisza….

A wtedy wyjdzie mi wszystko to, co zdawało się, że nie może być. Przepraszam, za to, że nie mogłem być przy tobie. Że nie potrafiłem wytłumaczyć Ci śmierci. Że to martwe ciało, zakopane głęboko, jest jak najbardziej prawdziwe. Kocham, że chce być kochany. A najbardziej to, że pamiętam Cię szczęśliwą. Pamiętam te momenty kiedy wydawało Ci się, że wszystko jest poukładane, tak jak należy. Tak naprawdę sen staje się prawdą z którą później trudno się pogodzić. Podchodzę do Ciebie i naprawdę starałbym Cię przekonać, ale nie mogę, bo masz rację, te kilka metrów ziemi nad nim wiele zmienia. Zmienia całe twoje życie, cały twój mały świat. Patrzysz i nie możesz zobaczyć… mnie rozgniewanego mrozem stycznia.
 

[przem]


1200 brutto – marzenie twoich dzieci (pokolenie)

By otruć się stojąc tam z boku, myślałem, o tym co kołatało mi się po łbie:     - „ludzie którzy nie kminią żadnej bani nie powinni opierać swych argumentów jedynie na teorii, bo robi się naprawdę śmiesznie!”

I wtedy faktycznie nie mogłem się śmiać. Otwarłem swoją śmierć na pięć. Puszka piwa zrobiła pstryk. Niczego nie świadom pogłośniłem muzykę. Kolejny kot wyskoczył przez okno. Skoczył kot, a za nim pies. Byłem tam z tobą, faktycznie nie mogłeś kolejny raz przeprosić Boga. Dla mnie uczyniłeś to, że nie mogę teraz pozbierać tego nawet, co mi się przyśni. Zrozpaczony, rozanielony a czasem  nie wychodzący samotnie – popadłem w kolorowe sny. Po raz kolejny i kolejny ktoś strzela do mnie. Swoim przemądrzałym słowem, daje mi rozgrzeszenie.

Kłaniam się nisko, upodlony z rozlaną kawą na śniadanie, oddycham spokojnie. W Telewizji zauważam kolejne tysiące i miliony  (wszystko dla mnie), dla was też się coś znajdzie. Oni wszyscy mają, dają. Nikt nie wie, że tak naprawdę to moje 1200 brutto rzucane w twarz, jest tym co określa moje pokolenie. Więc odczuwają nienawiść patrząc na to co wokół, ładują w siebie wszystko co tylko modne i na nielegalu. Bunt określa jednostkę, niech nic się nie kmini, niech nikt nie ma prawa oddawać mi czci. Jestem sobą – wyrwany z kontekstu – wiejski bandzior, wiejski kulopłot. Wracając do schowka jaźni, przypomina mi się twoje 1200 brutto i tak myślę, że nikt nie jest w stanie z nami walczyć. Nikt nie zrozumie, ze żyjemy tylko tym, co określa nas po dwudziestej drugiej zero zero. Nikt nie rozumie, że żyjemy tylko tym, co pozwoli nam na chwilę zapomnieć o tym, ze jesteście obok nas. Płacimy podatki, upijając się kolejną sobotę w miejscowym lokalu, gdzie i on (lokal) i my udajemy kogoś innego. Ciężko wywalczone pieniądze od swych rodziców, rozmieniamy na to samo co oni robią ze swoją działką. Tak wiele łączy nasze pokolenia, łączy nas miłość do tych samych momentów, w których uciekamy w swoje myśli i wiara, jedynie słuszna wiara, że nigdy nie będzie lepiej a wszyscy to złodzieje. Trudne do zrozumienia jest to, że mówimy prawdę, wiemy kim jesteśmy, kogo wybieramy, wiemy kim są nasi sąsiedzi... jednym słowem – teraz kurwa my... i ot cała tajemnica szopki zwanej wyborami.

Obudziły się demony naszych dusz.

[przem]


Bo tak naprawdę nie ma znaczenia czy żyję. Tak naprawdę nie odprowadziłem jej, tak naprawdę ostatni raz zobaczyłem ten pociąg chwilę później w swoich snach. Omamiony chwilą, której  teraz mi żal, staram się nie poczuć swojej niewinności. Ostatnia piosenka zagra dla mnie chwilę później, niż się zdążę zorientować. Nie przeszkadzaj sobie w chwili, która nie należy do mnie. Tak naprawdę nie potrafiłem nigdy odpowiadać na proste pytania, to co czuję, jest prelekcją moich osobistych uczuć, od których nie potrafię się wyzwolić. Toteż nie mogąc pogodzić się z  jawną niesprawiedliwością pobiegłem na górę, by kolejny raz poczuć kobietę, a chwilę później wyobrazić sobie dziecko w jej głowie. Ostatnia nienawiść zostawiona chwilę wcześniej na dole, tak naprawdę gdzieś dalej w głębi kłuje i boli. Rani po stokroć bardziej krzywdzącego niż krzywdzonego. Ból, jakaż to rozkosz zadawana przez Boga, który nie może o mnie zapomnieć. Witam się i żegnam z porankiem co dzień.

Kosmogoniczne wyobrażenia nie pozwalają mi spokojnie usiąść i tak jak wszyscy robią, ferować wyroki. Wyrok daje poczucie niezależności, wolności i poprawia samopoczucie, które nie może być nijak porównywane do wybaczania, gdyż wtedy gdy coś jest, nie może przestać istnieć. Ja musze istnieć, nawet wbrew temu iż pozwalam sobie czasem chwilami odpłynąć gdzieś w siną dal. Mimo tego, ciągle czuję twoją twarz na mojej, twój but mimo mojej woli kopie mnie ... przepraszasz i wybaczasz, w końcu konfesjonał wszystko wytrzyma, grzesznika i poganina. Nie pytaj o drogę, nie znajdziesz jej. By ostatni raz....

Uklęknąć przede mną, oddać mi cześć, zapukać głęboko... choć przez chwilę poczuć to czego ....

Kolejne urwane zdanie... „mamy tylko siebie, wielką mamy moc”. Skarany świętym bałaganem wystarczy splunąć na szczęście a później spojrzeć sobie w oczy, a wtedy na pewno będziemy wiedzieć więcej. Czasem udało mi się zapominać, o tym... że jestem nagi wobec Boga, którego nie znam, w imię którego tak wiele rzeczy tłumaczycie. Szaleje właśnie godzina 0:36 a ja trzeźwym okiem kładę błogosławienie dla osób które odeszły tam gdzie boję się nawet uklęknąć. Nie boje się wcale nie być, bo mnie nie ma, a ty jesteś za tępy by mnie dostrzec. Kurwa mogę napisać i co śmieszne dopiero teraz to zauważysz, zaczynam się zabawiać tobą i bawię się nadal. Nigdy sam przeciw wszystkim nie byłem, gdyż wy wszyscy jesteście przeciw sobie, a ja mam z nią wielką moc, moc uśmiercania miłości. Miłość zaczyna żyć dopiero po śmierci, bo nieprawda staje się wtedy faktem dysiaktrycznie wynaturzonym z otchłani nieistniejącego słownika. Klamka zapadła, drzewiec mojej myśli jest apostroficznym jękiem obrodzonego po wielokroć Boga. Wielki dzień stanie się waszym małym dniem, umrzecie pozostawiając po sobie szczątki, resztki krwi, resztki nowotworów, resztki diabła chichoczącego na obrazku w kościele. Bo zło nie boi się o to że przestanie istnieć, ale o to, że ty zaczniesz myśleć.


Dziecięce wojny odpuść nam Panie...
Kiedyś poczułem kobietę w swojej głowie. Zobaczyłem dziecko na jej rękach. Później przyjaciela, który grzebał swymi rękami w śmietniku. Ludzie wyobrażali sobie, że to ja tworzę wolny świat. Nagrzeszyłem wiele, ale jeszcze więcej odpuściłem. Po raz kolejny zasypiam, patrzę na dziecko w jej głowie, dłoń zatkniętą w punkt na moim ciele. Siedzę w domu, a w mej głowie karabin maszynowy tworzy nowe łazienkowe wojny. Stworzyłem jej poczucie wolności, zapewniłem, że marzenie, które powinno się urodzić, umarło. Jeszcze raz spojrzałem na dziecko w jej dłoniach, orgazm na twarzy. Sen nie zabija, ale pozwala na chwilę oderwać się do życia. Teraz kiedy tak niewiele mi zostało, wybieram się dopijać ostatnie kufle piwa, które mi zostały do końca. Poznać te twarze, które są jedynie projekcją moich marzeń o mojej akceptacji. Schorowany co dzień na niemożność bycia taki jakim chcę, przytulam pluszowego misia i kładę sobie do serca – jeszcze jeden dzień.

Obudziłem się z dzieckiem na rękach, przyglądam mu się i widzę swoją twarz w grymasie. Niczym owalnie odurzona nicość, pochłania mnie niewolniczo bez skażonej przeszłości. Tak to ja, odważny w snach, silny w bólu, uciekający bo nie wierzę już w nic. Nie wierzę że coś może się jej stać. Nie wierzę, że ktoś ma wpływ ma na moje życie. Uciekam coraz dalej. Ludzie przenoszą skały co dzień, wydaje im się, że są wolni. Poczułem kobietę dziś w nocy i począłem przygotowywać się na jutro, na sen o litości, o modłach i o bólu. Chciałem jej powiedzieć, że nie ucieknę. Zobaczyłem kobietę w nocy, z dzieckiem na rękach. Ktoś obok w świetle latarni, reflektorów przejeżdżających samochodów grzebał w śmieciach. TO NIE BYŁEM JA. Wstrzymajcie świat na chwilę, bym mógł podejść do niego, mojego dziecka. Mojej twarzy, mojej drugiej możliwości. Zobaczyłem tysiące punktów światła, maszyny ludzi zbierające śmieci. Widzę coraz więcej gier po toaletach możnych. Zgaście światła. Przytrzymajcie karabin w mojej głowie. Bo kiedyś eksploduje, a ludzie nie staną się, bo nie mogą być wolni. Skłaniam się coraz bliżej, przechodzę obok świateł, zgaszonych uczuciem twarzy. Kolejny raz oszukałem świat. Znów widzę kolory świateł zmieniające się po drodze – żółty, zielony i czerwony. Idę ulicą, widzę ludzi śpiących w butach. Zasypiają z nogami na pledzie, czy kartonie. A moje dziecko nie może się narodzić, ni począć z nienawiści do świata. Nie mogę kolejny raz przejść obok tysięcy twarzy, tak samo z utęsknieniem patrzących na jutro. Nie mogę patrzeć na śmieci, gdzie umierają moje kolejne Ja. Nie pójdę i nie poślę ich kolejny raz do szkoły. Nie tędy droga. Sam uderzę i spojrzę w jej twarz i powiem – nie teraz ... nie teraz. Nigdy nie nadejdą dni, kiedy łazienkowe gry nie rozpętają kolejnych dni za ciemnymi chmurami. Tysiące punktów światła, i to jedno na śmietniku. Moje, bo ja wybieram drogę umarłych. Moje marzenia tak szybko jak się rodzą, tak szybko umierają.

Gwałcą oczy lepkich laseczek . (autor:
Przem.)
No i niech mnie kolejny raz poniesie. Niech obudzi się we mnie duch sp
alonych ciał. Niech obudzi się dzień świra. Tak. Skoro wokół mnie jest tylu fachowców, a ja jestem małym człowieczkiem, który oczywiście nie ma racji – to kim jestem? Może sponiewieranym aniołem, pełnym rozterek dnia poprzedniego? Jakoś nie mogę uwierzyć, że pewne rzeczy które robię, a nie robi ich nikt inny, robię źle. Tracę więc chyba te chwile, które mógłbym zmasturbować gdzieś indziej, na darmo. Siedzę w tej znudzonej wszystkim wsi i szlag mnie trafia, jak tutaj wszystko jest na nie. Dziś jest koncert Tymona – a oni nie. Nic się nie dzieje. Marazm i hołota. I z rzadka budzi się anioł wiosny. Wyciągają sen i wkładają ostatnie piwo gdzieś na boku pod sweter. Malowniczo położona wieś, na granicy, staje się miejscem na granicy umysłu. Wklepują martwe słowa na mównicy, w spowiednicy. Żałują kolejnych kapitalistycznych dni, a kiedyś było lepiej. Lepiej nie myśleć. Lepiej nie być. Dać, brać oto hasło przewodnie – prawdopodobnie ostatnie duchem umyka, umiera pokolenie. To pokolenie gulaszu i parówek zdycha pod własnym butem samokurtuazji, samodeklinacji, zdycha ryczy. Rzygają już winne matrony, że umarł Mickiewicz, umarł Słowacki. Troje z nich przekłada się na ich rozumienie kultury. Sipińska, Rodowicz, Niemen, nie chcą zdechnąć, nie chcą kupić płyt nowych. Wracam do mojej wsi, gdzie warszawka jest olbrzymia, gdzie buty gwałcą oczy lepkich laseczek w hotelowej  gdzieś na przedmieściach. Obrzydliwa młodzież nierychliwa, niesprawiedliwa, przemądrzała i obrzydła, żyje w marazmie, w krytykanctwie. Nauczona tylko brać, sądne dni papieża gdzieś sprzedaje. Trzymają swoje serce gdzieś w chodniku i ryczą – a z ich ust wydobywa się tylko „kurwa mać”. Brzydota tanich fajek, spalanych za przystankiem gimnazjum, jesień liści zakrywa niedopalone pety, skrywane przed jeszcze głupszym pokoleniem. Kłaniają się nisko w strachu, z wygody, jak zwykła trzoda – jako młode pokolenie nic nie doda. Doda im się podoba – wychowani na dzienniku, rodzinnym dzienniku wychowania. Szkoła która ich otacza, jest taka jak oni, wygodna i modna. Logo, symbole, martwe podwoje ostatnich jaźni. Wszystko i tak się skończy w kaźni. 40 lat pracy przy wyrobie dachówek, bezrobotnych braniu łapówek - od państwa. Dumny niczym paw spłodzi kolejne pokolenie oddychające tym samym przystankiem, tym samym narzekaniem, kościelną obłudą i brakiem miłości.



Niekoniecznie spokój

Dzień, rozcieńcza cię fala nijakich oddechów. Cyfrowy orgazm zalewa falami wokół. Czekasz na chwile przyjemności, tę całą pozostałą papkę olewasz. Masz w dupie wszystko. To, czego uczysz się codziennie, zostawiasz za sobą, niepotrzebne. Wszystkie mosty zostały spalone. Schillautowani, spizgani krzemem, dajemy natchnienie wątrobie. Pokarm dajemy żołądkowi.
Nie dajesz jeść ciału Chillout, pizganie krzemu. Krew. Bankiety. Szukasz chwil. Każdy neuron twojego zblazowania wciska się w moje oczy. W moją duszę. Jesteś po prostu tym na ch. Nie mam Ci tego za złe. Poszukam siebie gdzieś indziej. Nie ułatwiasz mi walki. Tylko oddalanie się w cień. Widzę się za chmurą. Ciebie, twój wstrętny uśmiech za moimi plecami, też widzę. Wkrada się w duszę. Nie widzisz. Pizgasz. Jesteś tym na ch. Kłamiesz, bo prawda boli. Patrzysz i ślepniesz. Szukasz i pieprzysz na oślep. Spierdalaj!

Nie szukamy prawdy, oddajemy swoje bezwolne chwile bezsensowi. Sam wpadasz w kręgi, których do końca nie rozumiesz. Dzisiaj zobaczyłem gdzieś przystań, odnajduję ją co jakiś czas, lecz nie mogę do niej dopłynąć. Chciałbym już wreszcie mieć to, co mają wszyscy. Ale co oni mają? Samochód? pieniądze?
Chciałbym mieć gdzieś dom, z dala od wszystkich. Taką moją małą przystań, z której nawet nie musiałbym wypływać. Mógłbym robić co chcę!

Teraz jednak włączam komputer. Patrzę na niego, zmrużonymi oczyma. Naciskam klawisze. Wpajam wam coś do głowy. Coś, co przychodzi mi do czachy właśnie teraz. Nie kiedy indziej, a teraz. Niekoniecznie później tak myślę, ale wcześniej tej myśli też nie było. A może kołatała się tam jednak gdzieś nieodnaleziona…
Mamy setki myśli. Te dobre i te złe. Te zboczone i te nijakie. Mamy fantazje. Mamy to wszystko, dlatego, aby znaleźć lepszą, inną drogę. Chcemy żyć. Nie tak i nie inaczej. Gwałcisz się myślami, a później i tak robisz to, co reszta. Nie masz odwagi inaczej. Boisz się. Strach zawiązuje Ci ręce. Strach paraliżuje twoje działania. Myślisz więc, jakby to wszystko mogło być inaczej. Jak mogłoby być pięknie…

Spokój…

Bo w Ewie czai się bunt.
(ostatnia historia prawdziwa, czyli Hrabal nocą)

Kim jestem panie?
Tym kimś kto spełnia błędy swoje. Oddalam się, tylko po to by później być bliżej. Sterowany dniem, w którym wy oddajecie cześć (sami wiecie komu) a z tyłu wtyczka wystaje, pisząc prosto. Natchniony tym kogo się wstydzę. Piszę to. Przekładam przeto swoje życie nad to, na co przekładać muszę. Cierpię pisząc często prawdę. Szkoda mi tylko, że nie mogę być z wami w chwilach, w których zapłacicie. Zapłacicie za mnie, a za siebie podwójnie. Ja ostatni raz widziałem się z papieżem tutaj, widzę się i teraz. Zmusza się mnie do tego. Jeszcze raz uciekam by nie być, siły nie mam by nie być. Siły nie mam by iść tam, gdzie nie napiszę tego słowa. Cieszę się mogąc mieć wpływ – wpływ na tak proste sprawy z którymi sam miałem kłopot, bo pomagać muszę. Spłacać kredyt bezbożny. Bo bezbożność kosztuje mnie więcej niż pobożność. Świat jest pełen przeciwieństw. Świat rzadko składa się z takich przyjaciół jakich ja mam – Ciebie też, chociaż żyjesz w tym mieście, a Oni widzą nas. Ostatni raz pozwól mi się z tobą pożegnać, a naprawdę, pójdę i sprzedam ostatnie buty, za to, że nie mam siły. A ja żyje w tym mieście. I wcale nie tyle lat. Cały czas, oszukuje czas. Czekam kiedy nareszcie przyjdzie czas i powiem kogo kocham uczciwie, a może wreszcie okaże, się, że Ja kocham nieuczciwie. Niewierze w to, że jestem taki jakim widze siebie sam. Zamykam pieśni moich dni, Zamykam, drzwi swoich marzeń

Kim jestem panie?

Katorżniczą pracą, bez płacy zabijani codzień. Zwykłym musem czekoladowym oszukiwani. Popełniam się jeszcze raz. Komu oddam, swe kilka płyt. Z kim odejdę na dobre. Komu pokażę prawdę. Byłem mitem, urodziłem się mitem. Prawda później bolała, boli do dziś. Odpady kobiet wokół składają płonne nadzieje, na łatwą miłość. Na szybkie spełnienie. Przemilczam to kolejny raz. Kaczki wypełzły wokół kościoła, raz pierwszy. Raz pierwszy zastąpiły coś, co było. Ktoś kogo nigdy tak naprawdę nie było. A teraz jest. Pomagam sobie ile razy mogę niewielką ilością alkoholu. Dozuję go w umiarkowanych ilościach. Jestem płynna substancją, która wyśmiewana jest, bo telewizorem czasu nie zabija.
Ból znajomych coraz dalej odchodzi. Przychodzi zrozumienie dla tych, którzy nie znaleźli i nie znajdą dla nas czasu.

Kłopot w tym, że można pisać prosto, ale wtedy, tekst nie wymaga.. Staje się fragmentem kultury sprzedajnej za dwa kurwa dalej. Staje się towarem. Staje się niczym. Niczym jest coś, co jest oczywiste. Coś co jest zrozumiane, rozczłonkowane na części. Bóg stwórca (którego nie ma i nie będzie), jest... jest.... jest..?

Kim byłaś Ewo?

...

Moim pożądaniem



Historia Hrabalem pisana
"Jest słowo, jedno jedyne słowo, którego nie ma w języku ludzi, a które było. I to jest Niewypowiedziane Słowo, którego żaden człowiek nie może mówić ani słuchać. Ale czasami, zdarza się to rzadko, czasami gdzieś jeden spośród ludzi odkrywa to słowo. Odkrywają je na kawałkach manuskryptów, lub wyryte na fragmentach starych kamieni. A kiedy je mówią są skazani na śmierć. Nie ma na świecie żadnego innego przestępstwa, które karałoby się śmiercią z wyjątkiem zbrodni wypowiadania Niewypowiedzianego Słowa.”
Ayn Rand – Hymn

Czasem niesamowitym jest, że nie potrafimy się zachować tak jak chcieliśmy. Zachowujemy się tak, jak myślimy, że jest dobrze. Boję się powiedzieć jednej rzeczy, przypomnieć sobie kogoś. Uwierzyć. Tak po prostu… nie, nie chcę, nie mogę… To, na czym zbudowałem swój świat, nagle legło w gruzach – musiałem przewartościować cały swój światopogląd – a wciąż się boję, że nie jest on doskonały. Zadaję sobie trudne pytania, znajduję trudne odpowiedzi, po czym te trudne odpowiedzi, generują jeszcze trudniejsze pytania.

Jakieś chwile przekazują, przemykają i znikają. Oddalają się. Nastawiasz swój mózg tak, że wydaje ci się, że on cię nie słucha. Staram się nie poddawać, biorę spokojny oddech. Patrzę wprzód. Jeszcze jeden oddech. Jeszcze chwila. Wreszcie jest normalnie… Bez żadnych środków wspomagających. Odbiór rzeczy takimi, jakimi są. Nigdy nie myślałem, że ucieszę się, że jest mi dobrze bez niczego. Zakazany pośrodku własnego mózgu, zacząłem popadać w paranoję, szukać wzroków zagubionych. Wydawało mi się, że jest coś więcej niż dźwięk. Coś więcej niż przestrzeń. Wszędzie jednak pojawił się strach o teraz, o jutro, o dwadzieścia minut dziennika lub innego serialu codziennego.

Chwaliłem dzień, nie oszukując ich. Potem wziąłem podróżną teczkę, która jak dym powiodła mnie wysoko nie ruszając z miejsca. Amen. A przestrzeń chwaliła się ilekroć mogła. Popadała w dwanaście możliwych schematów. W dwanaście odwiecznych błędów Boga. Przestrzeń chciała posiadać, zamiast po prostu być. I nic na to nie poradzę, że jestem. Nic nie poradzę na to, że się śmiejesz. A ja patrzę teraz i ciągle uśmiecham się do tej małej dziewczynki, która próbuje wyrwać mi moją walizkę. Zaczynam mocniej ściskać mój telefon komórkowy, jakiejś tam marki. Ktoś z ósmego, zaczyna się w końcu upominać o te dwadzieścia sześć groszy, które mu obiecałem w zamian za dopchanie trabanta. Historie niczym wyjęte żywcem z Hrabala.

Miałem chwilę, by jeszcze raz przyjrzeć się kolorom. Jeszcze raz, popatrzeć głęboko w twoje oczy. Chciałem uwierzyć. Chciałem po prostu wrócić na początek tego co zacząłem przed chwilą pisać, a tak naprawdę montować, z różnych części moich myśli. Różnych fragmentów pourywanych tekstów. Niedokończonej filozofii wg samego mnie. Jedyny który jest, przeprasza mnie kiedy upraszam się o więcej. Skłamałem bym mógł płakać. Odjechałem wprzód tego, co jest. Wprzód tego, co się stanie. A stać się musi. Bo umarłem już dawno temu.

Przemysław Lose

Permanentny cień Polaka
(autor: Przemek)

"Przeznaczeniem wszystkiego jest ponowne pojawienie się w formie pozorów. Krajobrazy wracają jako fotografia, kobiety jako scenariusz seksualny, myśli jako pismo, terroryzm jako moda i wiadomości w środkach przekazu, wydarzenia jako telewizja. Wydaje się, że rzeczy istnieją jedynie dzięki temu dziwnemu przeznaczeniu. Człowiek zastanawia się nieraz, czy sam świat nie istnieje jedynie po to, aby służyć jako reklamowa kopia jakiegoś innego świata.”
Jean Baudrillard, 1986



Są czasem pewne nieczystości, gdzieś wewnątrz twojego Ja, z których zdajesz sobie sprawę, gardzisz nimi, lecz nie możesz się ich pozbyć. Jęk zawodzenia wcale Ci nie przeszkadza by mielić już kolejny raz te same farmazony. Skruszać chwile. Udawać się wprost gdzieś tam, gdzie nie powinieneś.

Ja czasem oczami duszy zdaję sobie sprawę z tego, że nie jestem taki, jakim chciałbym być. Co najstraszniejsze, zjebane, chore i niestrawne to to, że nie wiem już nawet jaki chciałbym być. Rozpaczam później pod kaloryferem z butelką w ręce, a tak na poważnie wkładam kapcie i wychodzę patrzeć na nie.

One to lubią, kochają- karcę je ilekroć omijają mnie z daleka – myśli.

Kategorycznie dzisiaj opowiadam się za czystością ducha. Patrzę wprost gdzieś dalej, zaczynam ściszać już pewne opowieści i kładę się tak jak kłaść się powinienem.

I wtedy powiedziałem jej, że nie. Nie wiem, dlaczego tak, skoro nie ma ku temu powodu. To ona - widzisz, przerażasz mnie - kiedy jesteś taki. Jaki? Odpowiadam i staram się od razu zmienić minę. Staram się zaprzeczyć, nie to nie tak. Źle zrozumiałaś, to nie tak, nie tak miało być. Od razu orientuję się, że jednak będzie tak. Będzie tak ilekroć zapomnę, kim jestem. Ilekroć własna schizofrenia nie przestanie się cofać. Wychowany na rozrywce, w której wszystko jest łatwe, lub prawie łatwe tzn. czasem trzeba się namęczyć, aby znaleźć te potwory, do których znów będzie można strzelać, z całą tą świecką otoczką. Nieuchronnie zbliża się ta chwila. Szymon kupuje samochód. Mój już jest pomalowany – świat się zmienia, ale stare rzeczy pozostają po staremu. Nie zmienia się nic – „tylko zmieniają się kolory – żółty, zielony i czerwony”. Czy tak naprawdę kiedyś zapomnimy o tym, że smutek, złość i te wszystkie nieprzespane, przepite noce, szczęśliwe momenty są jak najbardziej prawdziwe i już dawno umarłe? Czy tak naprawdę nasze życie to ciągłe wracanie do przeszłości?

Jednak znajduję w sobie, tę małą ochotę, tę małą niechęć do spraw wielkich, że kiedy wychodzę na ulicę i widzę tych wszystkich nieszczęśliwych ludzi, to szukam najbliższego baru. Podchodzę do baru, klękam i modlę się o ich duszę. O ich Ja.

Przemysław Lose


Un pape polonais

Nie mogłeś być różą
Bo róża choć piękna
Kłuje
Nie mogłeś być mną
Bo ja choć młody
Umieram na starość
Nie mogłeś być w ich głowach
Bo oni tego nie chcieli
Nie spotkaliśmy się
Bo mnie nie było
Chciałem być z tobą
Nie mogłem być
Z motylem
Chciałeś być ze mną
Uciekłem
Nie rozumiejąc
Teraz jestem z tobą
Ale ciebie już nie ma
Bo dla mnie nigdy
Ciebie nie było

Przem.

BEZ KLAMEK
Już patrzę tylko na ekran. Smutny rozbity telewizor. Później z nieba patrzy się, że kocham Cię. Rozbita Jesień, spóźnia się w miłość, niehumanitarna w swoim rozdzielniku. Potem na zawsze już czarne słońce w oczach. Krzyż na drogę i teoretycznie humanoidalne kształty wewnątrz mnie. Skradam się jak spóźniony szybkostrzelny karabin. Jabłkiem Adama rozkładam na czynniki pierwsze ich kłamstwa i dobrobyt tryskający z ich pyska. Wypływam na storpedowany czas przez alkoholowy wyziew miejscowości w której kiedyś był czas, na to by umierać.
Kudłaty wyzysk, rozśmieszające dni, kłamliwe spotkania. Wyblakłe fotografie. Patrzę, jeszcze raz przyglądam się na dni, które układają mi się w jasną przestrzeń. Rozdziawiam w końcu swój pełny etatu roześmiany czerep i składam go w ofierze na poczet tych wszystkich przeszłych, już teraz nadal oczywiście martwych, nieżywych trupów (a mogą być żywe, widziałem to na celuloidowym pasku).
Białe ściany bez klamek, stają się w końcu marzeniem. Bezpieczna przestrzeń, nikt z normalsów wreszcie nie skrzywdzi twoich dni. Nikt nie przebiegnie obok Ciebie i nie ukradnie twojej małej prywatnej przestrzeni. Przytulasz coraz bliżej swego serca te dni, które masz nadzieję, że będą lepsze. Zaczynasz coraz głośniej wskazywać „tego skasować, tamtą zamknąć”.
Równy krok, równy rytm, jesteś coraz bliżej pieców krematoryjnych. Jesteś coraz bliżej dni, w których wszystko jest prosto. Odpowiedzi są dwie. Rydz Śmigły?? Haha bujam w obłokach, a prawda w oczy kole. A dzień jest ciepły jak baranek, który za mnie…. NIE.. i za wielu będzie sprzedany.
Hańbą okupili i hańbą stworzyli nowy ład. Nowy porządek chcą wprowadzać.

Chcę…
Napić się jeszcze wódki…kres mych marzeń zaczyna umierać…

Kierując sztandarami (autor: Przemek)

„A co ja, kurwa, od macochy? – Wrzeszczę. Obmacuję swe obrażenia po śmierci klinicznej przez uduszenie, do której mnie doprowadzono. Natasza od razu obraca się tyłem i swą ścieżkę pizd do nosa, jeszcze z mojej kawałek i z Andżeliki kawałek, i zanim zdążę się zerwać, ona do mnie tak: a co Mało ci? Jak ci mało, to sobie po kablach daj.”
Dorota Masłowska – Zakazane po legalu.

„Natura ludzka polega na nieustannym wysiłku przekraczania granic zwierzęcości tkwiącej w człowieku i wyrastania ponad nią człowieczeństwem a rolą człowieka jako twórcy wartości. Bez tej misji i bez tego wysiłku wyrastania ponad samego siebie człowiek zapada z powrotem i bez ratunku w swoją czystą zwierzęcość, która stanowi jego śmierć.”
Roman Ingarden – książeczka o człowieku


No i pozostał tylko śmiech. Niewinnie mokry, spocony śmierdzący od gorączki, rozpycham swoje łokcie jak tylko mogę. Głowa pęka, nawet nieświeży oddech przestaje przeszkadzać. Pomysł jaki miałem, aby wreszcie nie uciekać, nie okazał się taki dobry. Owszem chory jestem, ale to wcale nie przeszkadza w tym, aby myśleć o swojej winie. Myśleć o tym i dążyć do tego jak to zwą „grzechu”. Śmieję się, bo zastanawia mnie, skąd się bierze w nas to przekonanie, że to inni mają racje. Pseudointelektualści z różnych stron, chcą zawładnąć naszą duszą i przekonać nas o tym, że nasza natura jest inna. Nic bardziej błędnego, bo nie ma nic bardziej egoistycznego i zwierzęcego w tym, że chcemy posiadać dzieci. To odwieczna walka naszego zwierzęcego instynktu pcha nas w ten magiczny krąg – pieluchy – radość – sen – spowiedź. Wreszcie gdy opanowujemy odruch wydalania u swoich dzieci, zaczynamy się cieszyć i zastanawiać – ile w tym wszystkim jest człowieczeństwa.

Nie oddaję się tak po prostu dywagacjom, tylko uciekam i w jakiś sposób próbuję sobie tłumaczyć własny strach, przed tym, do czego mnie stworzono. Jedno jest pewne, dzięki odwiecznym prawom natury stworzyć nie mogłem się sam.

Obudziłem się dziś i nie miałem okazji, by komukolwiek przebaczyć, owszem chciałem skazać kolejne dni na zmarnowanie i tak się właśnie dzieje. Otaczam się tylko tym, co sprawia mi przyjemność. Już nie chcę tak wiele, o czym marzyłem przez całe dzieciństwo. Już nie mam utopijnych marzeń. Nie drzemie już we mnie ta naiwność dziecka. Jak bardzo chciałbym móc codziennie stwarzać swój świat na nowo. Jak bardzo chciałbym zobaczyć w swych oczach naiwność, tego młodego człowieka sprzed lat. Bo teraz został mi już tylko pragmatyzm i wiara w to, że tak wiele rzeczy już nigdy się nie zmieni. Dalej będą pojawiać się Ci wszyscy z wiecznymi pretensjami, Ci wszystkowiedzący, Ci co przeczytawszy dwie książki i kończący studia myślący o sobie w kategorii „lepszy”. Żenada. Jak bardzo na psy schodzą dyplomy szkół. Nie mam tu na myśli poziomu nauczania, a poziom kultury z jakim młodzi ludzie wychodzą kończąc uczelnie. Butni, zapatrzeni często w siebie, bez szacunku dla drugiego człowieka.

Już nie mogę patrzeć w ich oczy, już nie mogę wierzyć w ich wiarę. Już nie mogę udawać przed sobą, że im wybaczam, bo jak mogę czynić coś czego uczą, a czego sami nie mogą mi dać. Już kolejny raz otaczają swoim ramieniem sztukę i uderzają w nią krzyżem, obrażając go, napastując i molestując. Symbol, który dla wielu jest ważny staje się politycznym manifestem, równie ważnym jak kiedyś swastyka. Czy oni chcą byśmy wkrótce patrząc na krzyż, patrzyli ze strachem, miast z pokorą?

 

Powrót do upragnionego bólu

***
Już dziś
W tej chwili
Życie bez wiary staj się wyrokiem
Przedmioty stają się Bogami
Ciało staje się bogiem

Jest to bóg bezwzględny i ślepy
Swego wyznawcę połyka trawi
I wydala
***
T. Różewicz- Kara


Wrócić tam, skąd pojawiają się sny. Marzyłem ciągle nie spotykać więcej grzeszników i wiecznych pomagaczy. Pomagacze cierpienia, współczujący w duchu, tacy bezradni, tacy bezsilni. Aczkolwiek, gdzieś tam we wnętrzu, czuję tą straszną niechęć do tych, którzy podobni do mnie, nie chcą pokazywać swojego oddechu. Pomyślałem, że mogę marzyć, niestety, to wszystko szybko ukrócili moi adwersarze. Szybciej i lepiej sprzedali, to czego Ja kupić nie chciałem. I teraz kiedy ładnie wokół się zabieliło, oni nie uciekali, a wręcz przeciwnie, zostali i są we mnie. Wiersze i poezja Różewicza, nadal sprzedaje się dobrze. Ja myślałem, że to moja wina, że On nie żyje, ale przyszedł na niego czas i poszedł sobie w siną dal, nie tłumacząc nikomu – dlaczego. Odeszło wielu. Bo kiedy przyjdziesz, musisz mój drogi wiedzieć, że odejść już wkrótce będzie czas. Możesz powiedzieć coś mądrego, możesz po prostu nie zauważać niczego, możesz… wszystko możesz. Możesz oddać się cierpieniu, radości, tak wiele zależy od Ciebie, a tak mało od Boga. Bóg, nie chce byś przepraszał, byś tysiącami się nawracał, byś był. Świadectwo swojego człowieczeństwa kładziesz pokotem nawet niewinnie siedząc.

Strąciłem niewinna powiekę, podniosłem głos na siebie, urodziłem się w bólu. Ten ból nie był mój. Rodzimy się sprawiając komuś jednocześnie ból i radość, ze swego istnienia. To samo musiał odczuwać Bóg tworząc ludzkość, ogromną radość i ból widząc, jak zrywamy z prawdą na rzecz kłamstwa i wiecznego zakłamania.

Ucieczka w świat wyimaginowany, jest bardzo prostą ucieczką, wszystko jest okej, kiedy twa ucieczka realizowana jest świadomie. Jest w tym jakiś ból z pewnością, jednak jest to ból który po chwili przynosi ulgę. Wszystkie tryby w maszynie zostają jednak zakłócone, kiedy to przejście w wyimaginowany świat osiągane jest sztucznie. Kiedy w świat swoich marzeń, we wnętrze swego Ja, wchodzisz za pomocą plastikowej mieszaniny, rozczłonkowanego, oszukanego nasienia, które podsunąłeś tutaj sobie sam ty.

Wypuść mnie stąd wreszcie, bym nie musiał wiecznie zachęcać każdego dnia tych wszystkich którzy mi nie wierzą, że Jestem. Wypuść mnie, bym nie musiał więcej udowadniać, że warto.

Niedziela 13:58 – kiedy zobaczyłem porażkę tygrysa i wypiłem kawę.
 

autor: Przemysław Lose

 

Anioły, herbata i ty.
„Schizofrenik to człowiek, który przejawia naturalną skłonność do izolowania się od świata, aż w końcu jakieś zdarzenie – poważne lub błahe, w zależności od przypadku – sprawia, że tworzy sobie własną rzeczywistość”
Paulo Coehlo – Weronika postanawia umrzeć.

Kiedyś składałem dwanaście pocałunków ciszy. Wśród tej parzystej liczby wciąż zadawanych, a w dodatku skrywanych pytań, była ona – prawda. Cokolwiek Ona znaczy, może być bardzo różna. Jednak wola nie chce słuchać się ciszy, woli powroty i spokojny szum morskich fal.
Przychodzą patrzą i nie widzą. Wydają oceny i wyroki. W imię prawdy, jaka wydaje im się, że jest. Wsłuchują się w martwe, opadłe jesienne liście.
- dlaczego nic nie robisz? Pada pytanie. A przecież żyję, pracuję, wychodzę do toalety.

Anioły czasem wpadają do mojej herbaty, a później śmiesznie machając skrzydełkami – mieszają ją. Po czym ja tego nie widząc, wypijam herbatę (zimną) i wypluwam resztki skrzydeł.

Natchniony śląskim powietrzem. Nie mogąc napisać ani słowa więcej. Ani żadnej nutki wyrazu. Zero koncentracji. Miliony myśli, po czym żadnej. Natchniony śląskim powietrzem, wklepując wyrazy w klawiaturę, gnębię swoje Ja, głaszcząc pewne chwile, których nie mogę dotknąć. Wpycham w nie swoje dwa grosze. Tłumaczę myśli na wyrazy, przekładam życie na prozę. Fałszuję rzeczywistość. Uciekam i wchodzę w słowo innym, ale i siebie. Nie chcę słuchać innych, ani czasem nawet siebie. Kładę dwa cukierki na podłożu z gumy. Myślę teraz o Zakazaniu się po legalu, może jakimś papierosie. Ciągnie mnie do poznania własnego niepowtarzalnego, uroczego poniekąd wewnątrzpłciowego popieprzenia.

Kawałek nie posiadanych dni, jeszcze urokliwie chowa się w kąt. Uśmiecham się i popieram lustrację własnej duszy. Zakładam wnyki na własne myśli. Pozwalam nurzać się innym w moich sprawach, decydować o moim losie, po czym uciekam i chowam się. Błądzę, znajduję te mądre odpowiedzi, a gdy wreszcie zaczynam rozumieć, to jestem rozczarowany – po co mi one. Po co mi odpowiedzi, po co mi wczorajsze zagadki, po co mi Ja i Ty. Po co to wszystko? Głęboko już strawiony troską o cały świat, przestaję sam sobie pomagać i zaczynam liczyć na Boga, którego ktoś zapytał: „czy przyjmiesz mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas, czy podasz mi swą rękę a może będziesz się bał…”

20 luty 2005 – popijając niedobrą kawę.
 

]Voo Voo – zespół złożony z muzyków o nieprzeciętnej osobowości, wielkim talencie muzycznym i jeszcze lepszym warsztacie technicznym – świętuje tegoż roku swe 20-lecie. Z tej to okazji artyści wyszli naprzeciw oczekiwaniom swoich fanów, wydając podwójny jubileuszowy album koncertowy „Trójdźwięki” .
Pierwszy krążek zawiera utwory dobrze znane wielbicielom Waglewskiego i spółki. W głównej mierze to utwory pochodzące z “Voo Voo z kobietami”’, “Płyta” oraz “Płyta z muzyką” . Druga część albumu zawiera z kolei nagrania powstałe podczas współpracy muzyków z chórem Kaliningradzkim. Współpraca ta nie powinna nikogo dziwić, albowiem artyści znani są z poszukiwań nowych doznań muzycznych, co jednocześnie poszerza horyzonty i tak już oświeconej muzycznie rzeszy fanów Voo Voo. Ocenę efektu tej wspólnej pracy pozostawiam słuchaczom. Pragnę tylko w tym miejscu przypomnieć, jak wielkim uznaniem i szacunkiem cieszy się twórczość Gorana Bregovica, a dalszy komentarz będzie zbędny.
Ja jednak w dalszej części mego wywodu chciałbym się skupić na pierwszym z dwóch krążków. Stanowi on bowiem esencję i najlepszy, naturalny miąższ, wyciśnięty z Voo Voo.
Krążek rozpoczyna spokojna i melancholijna “Ćma”.  Utwór nie zapowiada tego co ma dopiero nadejść, a przychodzi wraz z “Truczyńskim”. Kawałek bardzo dobry choć spośród innych, niczym specjalnym nie wyróżniający się. Pozycja nr 3  to  “Moja broń” . Z łatwością da się zauważyć, a raczej usłyszeć charakterystyczne akordy akordeonowe. Proste, ale nie banalne, grane przez cały niemalże czas trwania piosenki , nadają jej niepowtarzalny klimat.
Następna przystań to “Zejdź ze mnie” . Jednak szybko ruszamy w dalszą podróż bo już czeka na nas “Odpływ”,  w którym to Pan Waglewski unosi nas delikatnie na falach nut wydobywanych spod jego palców. Długo jednak spokojnie nie będzie, bo już po chwili wielki mistrz rozpętuje burzę, dając popis gry na gitarze, niczym Jimi Hendrix za czasów swej świetności. Wiadomo, po każdej burzy musi nadejść cisza i czas odpłynąć dalej, a nie ma co zwlekać, bo czeka nas nie lada gratka. “Nim stanie się tak” to utwór chyba najczęściej grany na koncertach, a wersji ma tyle, ile razy był wykonywany. Tym razem ta niezwykle energetyczna i napawająca optymizmem pieśń, zaśpiewana została przez publiczność. Autor tekstu wyjątkowo ograniczył się jedynie do przygrywania czteroma chwytami gitarowymi, co w Jego przypadku świadczy jedynie o tym, jak wiele treści można zawrzeć w malej formie. Podobną filozofię grania wyznawał niegdyś Bob Dylan mówiąc, że jak ktoś potrafi grać to może wszystko zagrać na czterech akordach , ale to nie o tym była mowa. Warto natomiast w końcu wspomnieć o kolejnym filarze zespołu. Mateo bo o nim mowa, początkowo wspomaga nieśmiałą publiczność arcymelodyjnymi przygrywkami, ale z upływem czasu sam dobywa mikrofonu i urzeka słuchaczy swym mongolsko-namibijskim tekstem.
“Głęboko w duszy” i ”Czas pomyka” to utwory w których muzycy udowadniają swe wirtuozerskie, jaki i poetyckie zdolności. Każdy z osobna ma coś do powiedzenia, a jak to w tego przypadkach zazwyczaj bywa, najwięcej Mateusz Pośpieszalski. Po tej dawce emocji relaksująco działa “Bo Bóg dokopie nam”, a “Klucz” przygotowuje nas do wielkiego finału. Na zakończenie artyści jeszcze raz uświadamiają nam, iż są wielce wszechstronnymi instrumentalistami. “Tupot” wprawiający odbiorcę w trans i hipnozę mógłby zachwycić, nawet niejednego słuchacza, tak zwanego tartak music.
Podsumowując chciałbym wszystkich zainteresowanych zachęcić do sięgnięcia po ten album, albowiem dostarcza nam wszystko to, co najlepsze w muzyce. Każdy znajdzie coś dla siebie. Począwszy od jazzu, poprzez rock, reggae, aż po folk, a wszystko to wykonane z typowym dla zespołu humorem. Pomimo, iż końcową ocenę wystawiam najwyższą z możliwych, pragnę stwierdzić, że Voo Voo to zespół typowo koncertowy i po trzykroć lepiej wypada na żywo.

autor tekstu don Maro

don_maro@o2.pl

Lustrto Kłamstwa ( Przemek)
Czasem niesamowitym jest, że nie potrafimy się zachować tak jak chcieliśmy. Zachowujemy się tak, jak myślimy, że jest dobrze. Boję się powiedzieć jednej rzeczy, przypomnieć sobie kogoś. Uwierzyć. Tak po prostu… nie, nie chcę, nie mogę… To, na czym zbudowałem swój świat, nagle legł w gruzach – musiałem przewartościować cały swój światopogląd – a wciąż się boję, że nie jest on doskonały. Zadaję sobie trudne pytania, znajduję trudne odpowiedzi, po czym te trudne odpowiedzi, generują jeszcze trudniejsze pytania.

Zawsze twierdziłem (może i twierdzę), że nie ma Boga, ale nigdy nie uciekałem od miłości. Może jest tak, dlatego, że jej doświadczyłem wielokrotnie. Wielokrotnie też doświadczam jej niewidzialnej ręki, jej oddechu, pocałunku, tego fizycznego, jak i metafizycznego. Chciałbym abyście mogli poznać… inaczej… Poznaliście, co to miłość, każdy z was, lecz nie każdy z was ją mógł dostrzec, nie każdy zadał sobie tyle trudu, aby popatrzeć, popatrzeć inaczej.

I popatrzyłem w jej oczy, nie było w nich cienia zarzutu. Ja krzyczałem starałem się poczuć, gdzie jest jej słaby punkt. Chciałem osiągnąć mój własny egoistyczny cel, nie dając nic w zamian. Chciałem wziąć. I szczerze oddawałem się urokowi, bycia tym, kim jestem. Szczerze wypowiadałem każde ze słów, wierzyłem w nie, gdyż było to moje słowo. Jednocześnie gdzieś w środku wstydziłem się, wstydziłem się bardzo. Nie dopuszczałem do Siebie myśli, iż to, co mówię, jest mówione po to, aby osiągnąć moje Ja. Niczyje inne, lecz moje. Różnie to nazywają Dar Boga, czy tez miłość. Ja uwierzyłem, że mając ją, mogę robić, co chcę. Mogę używać uczuć ilekroć chcę. Mogę nimi handlować, przeinaczać, skracać, spłycać, udawać, że są większe. A miłość to po prostu to, że gdy mówię słowa – to te słowa są tylko słowami. Nie są przysięgą, nie są kłamstwem i nie są prawdą – są słowami. Bo słowa są od tego, aby przekazywać. Miłość, tak naprawdę ukrywa się właśnie tam gdzie często jej nie widzimy.

Modlitwa o nasze dni ( Przemek)


Statua Wolności, symbol wolnego świata, trzyma w łapie największy wibrator, którym rajcuje się cała ta cywilizacja. Bo człowiek musi być wolny, pracujący i kulturalny, wierzący albo głęboko niewierzący. Co mnie to obchodzi? Kultura, od czasów rewolucji francuskiej, każda kultura, jest propagandą. Idee, reklamy, handel.”

Manuela Gretkowska – kabaret metafizyczny


Tyle lat stykam się już z tą rzeczywistością, że naprawdę pewne rzeczy przestały mnie zaskakiwać. Pewne dni, których nie znamy (o takich śpiewał jeden mężczyzna kiedyś) układają się w jakąś logiczną całość, która na pierwszy rzut oka, taką się nie wydaje. To co nas otacza, pewne kłamliwe dyrektywy, o których i tak wszyscy wiedzą, że są fałszywe, stają się faktem. Mimo tego, nikt nie powie głośno – Kłamstwo.

Kolejna speckomisja, trzydziestu Ja i Ty wyrokować będzie w sprawie My. Kłopotliwa wtedy staje się sytuacja Ich. Przecież nie nas. Siedzimy codziennie po jednej stronie surowej komisji życia i wydajemy wyroki, nieświadomie później sami je wykonując. Kłopot w tym, że sami również jesteśmy na świeczniku własnej demencji, przez co sami okradamy się z uczuć. Zadajemy sobie pytanie po co? Inni tez zadają Ci pytanie po co? Dla kogo? A czy mnie to naprawdę ma obchodzić. Jak ktoś nie chce – nie musi i tyle. Zabawa polega na tym, ze pewne rzeczy nie muszą być logiczne. Zabawą może być wszystko, nawet nieboszczyk może stać się w pewnych rękach zabawką. Kobieta w pewnych życiowych sytuacjach jest lalką w rękach mężczyzny i obaj na to przyzwalają. Nie rozumiesz, że to co dobre dla jednych, niekoniecznie jest dobre dla innych? Za pomocą własnych słów stwarzamy się codziennie. Budujemy obraz istoty, która do końca nie jest i nie może być prawdziwa. Katorżnicza staje się sytuacja w której musimy być tacy, jak chcą inni. Nieświadomie każdy z nas wdeptuje w to g…. nie orientując się nawet, że powoli w tym tonie. Dusi się. Próbuje uciekać, zakupując się z dnia na dzień głębiej. Szuka pomocy u specjalistów, szuka pomocnej dłoni, i chwała jeśli złapie kawałek liny, kłody – czegoś co go przynajmniej na chwile utrzyma ponad taflą tego błota.

Kreuję swoją rzeczywistość, na tyle na ile sam chcę. Nie będę opowiadał się po stronie nikogo. Opowiem się po stronie tych, co mają rację. Niestety takich nie ma. Muszę być elastyczny, nowoczesny i wydajny. Muszę budować, mocniej, szybciej, lepiej. Muszę konsumować, mocniej, szybciej lepiej. Muszę być. Nie koniecznie żyć. Musze konsumować przyjaźnie. Muszę konsumować związek. Muszę konsumować byt. Muszę konsumować mszę. Muszę wpłacać na konto, muszę płacić w sklepie… muszę walczyć o lepsze jutro, muszę dać na tacę… muszę… muszę… muszę…. Muszę?


Czy tak mnie stworzyłeś Boże?

autor: Przemysław Lose

Jest takie coś, co nie daje mi spać. (autor: Przemek)

„Ja jestem. Ja myślę. Ja chcę.
Moje ręce... Mój duch... Moje niebo... Mój las...
To moja ziemia...
Cóż mogę powiedzieć poza tym? To są te słowa i to jest ta odpowiedź.
Stoję tu, na szczycie góry. Podnoszę głowę, rozpościeram ramiona. Właśnie to, moje ciało i duch, to jest koniec pytań. Chciałem poznać wartość rzeczy. To ja jestem tą wartością. Chciałem znaleźć wytłumaczenie dla bytu. Nie potrzebuję żadnego usprawiedliwienia dla bytu, ani żadnego słowa uświęcającego moje istnienie. Ja usprawiedliwiam i uświęcam.”


Ayn Rand – hymn

Rozczarowałaś mnie wczoraj. Z duchem czasu zachowywałaś się różnie, czasem udawałaś, że jesteś moja, a czasem stawałaś się nami wszystkimi. Byłaś tam i byłaś tu. Nigdy tam gdzie powinnaś. Ja stoję z boku i przypominam sobie te chwile z tobą spędzone. Z tych ran wypływające wszystkie przyczynki by stać się prawdą, by ostatecznie rozwiązać ten problem. Ci wszyscy wtedy za śmiesznymi pasami, nie byli nami, byli żydami. Teraz też pewnie nie będę tym kim jestem, będę tym kim chcą bym był. Oni stworzą nowe prawdy oczywiste, znowu karać będą prawdy rzeczywiste. Znowu strać się będę przepraszać w imię Jego. Ukryty w czeluści prawdy przyzwalam im na to, bym śmiechem ich powalał niemym. Skazywałem miliony, ratowałem jednostki. Krzyczałem, patroszyłem, łajdaczyłem, nigdy jednak tak jak teraz nie powtarzałem prawdy stojącym w oknie przechodniom. Nigdy nie starałem się poznawać dnia przed zmierzchem, ani jego po czynach. Nie wierzyłem i nie wierze w krótki film o życiu i ciszę w eterze. Stąd już chwila do czasów w których prawda miesza się ze śmiechem, żyd z czarnookresem. Na potrzeby Madonny nowy most przestawią nad krzyże, a krzyże spłoną w imię nieleciwe. Skąd wiesz, że idziesz, gdy brzuch już masz spasiony, gdy śmieją się z Ciebie wielkie, ciekawe i wszystko wiedzące matrony.

Okrutnie umęczony, zmęczony, jak mój krajan przechadzam się i mówię – te miliony, to nie ony były nami, one nie byli ludźmi, one były żydami. Przepraszamy, bo przepraszać wypada. Przeprasza więc Niemiec, Austriak i jego autostrada. Skądś się wzięła krzykliwa postmodernistyczna kanonada, swawolnych określeń, zwodzonych powiedzeń, obraźliwych gestów, miłosnych uścisków. Ich było milion, nas pięć, nas sześciuset a jeszcze jeden był sam. Nie musieli krzyży rozpalać, nie musieli mnie sprzedawać. Wystarczyło by ich niewielu przypomniało sobie o nas, o wielu.

Tedy powiadam wam, ukląkł starzec, wskazał palcem na morze. Obok niego siedziałem Ja, patrzyłem w niebiosa, obolały w krzyżu. Cicho cichutko wpatrywałem się w niego. Miałem nadzieję, ze powie choć słowo. On milczał. Milczał jak przeklęty.

Byłem, krzyczałem z bólu ciągle jednak paliłem. Patrzyłem przyglądałem się i widziałem i wiedzę. Wciąż dymi. Wciąż pali. Śmiechu pustki gdzieś w oddali. Niebo za tych co odeszli ukoronowane. Chociaż krzyży setki wokół ciągle powstaje, nie powstaje czas wreszcie prawdziwy Umierasz co dzień, choć kochało Cię wielu. Kocham cię tedy i Ja, nie mogąc uwierzyć – głupców wielu, mądrych setki a przeciętnych miliony.

Zakazany w kierunku poprzecznym

Najzwyczajniej mam bardzo ciężki okres. Obejrzałam dokładnie zakrwawioną podpaskę i wydłubałam z niej takie dziwne kawałki tkanek. Przyjrzałam się im dokładniej i zrozumiałam, że to spływają mi kawałki mózgu.”
Manuela Gretkowska – Kabaret metafizyczny.


Zakazaliśmy się wczoraj po legalu. Otwarliśmy własne istnienie na istnieje większego Ja, niż zakładaliśmy wcześniej. W tej całej maskaradzie, którą przybraliśmy w tym towarzystwie, wszystko nas śmieszyło. Nie mogło być inaczej. W pewnych momentach, w których zdawało mi się, że jestem i nie może być inaczej, czas zwolnił, a ja opadałem coraz bliżej. Stawiałem coraz bardziej na to, że to, co mnie otacza jest materialne. Trywialne zdarzenia, które nimi nie były, powoli odeszły i nie chciały wrócić.

Oddałem 20 groszy pewnemu żebrakowi, żeby nie musiał mnie więcej prosić. Poszukałem gdzieś głęboko w kieszeniach i śmiałem się głośno, gdy je odnalazłem. Żebrak jak to żebrak, nie potrafił zrozumieć prawd oczywistych. A co oznaczają te 20 groszy? ten smutny orzeł? taki głupi i chory nielot, za którego koronę zginęło i zginie jeszcze wielu.

Nie mam już zbyt wiele czasu, aby starać się często z wami rozmawiać, aby udawać, że tam jesteście. Nie chce mi się już więcej również udawać, że rozumiecie, o co mi chodzi. Jadę wprost przed siebie i nawet czasem udaje mi się wykorzystać chwilę. Ale po co?

Gretkowska, owa pani, którą ostatnio często jakby cytuję, napisała piękną książkę. Gdzie kłamstwo staje się prawdą. Gdzie bohaterka ma dwie łechtaczki. Dualność jej narządu, daje jej niezwykłą możliwość kreowania rzeczywistości. W świecie gdzie ktoś ma dwie, a właściwie dwa clitoris, można nadać w kierunku poprzecznym wszystko. Można w swojej formie przeistoczyć fałsz w prawdę. Bo aż trudno uwierzyć, że ta piękna prawda, te piękne wizje naszej cywilizacji to kłamstwo. Jedna na pięć milionów, Ona, nie ma błony dziewiczej, ale ma zaświadczenie o tym, że ją ma. W naszym świecie zaświadczenie, papier i tym podobne rzeczy załatwiają wszystko. Zamiast prawdy wierzymy w to, co pisze. Bo to, co napisane, to prawda.

Gdybym dziś spotkał Małego, powiedziałbym mu cześć, a później podał rękę. On może zaprosiłby mnie na kawę, a ja bym wszedł do środka. Kto wie, czy to nie było prawdą… może byłem i wypiłem tę kawę.
Mogę słuchać wielu i tworzyć dla tych wielu prawdę odpowiadającą moim potrzebą. I to jest pięknem. Sam przeciw wszystkim a w mózgu, gdzieś głęboko - sam przeciw sobie.

autor: Przemysław Lose

Patrzeć nawet na to, co mówię.. (autor: Przemek)

„To niesamowite, jak świat staje się obojętny, kiedy nie mamy w czubie. Obojętny, a nawet nie do zniesienia.”
Roland Topor – dziennik paniczny

Wyrywam sobie, co dnia kilka włosów, rzucam je tempo na blat stołu i gapię się na nie. Jak taka mała biedna wsza może na nich żyć? „A ja żyję dzięki wszy…”
Świat, kiedy tego nie chce, potrafi być wspaniały, oddaje tyle ile wziął. Kiedy jednak chodzi o kasę, stawia się jak kurwa, w pierwszym dniu maja. Strąca powieki wprost pod siebie. Nie chce patrzeć na to, że żyć można też inaczej.

Wysterylizowałem już mózg piwem, bo wiem, że w nim jest spirytus. Jego niewielka domieszka, jednak niewiele, nie znaczy mało. Mało się, to można co najwyżej porzygać. Strawione okruszki, zawsze tak ładnie wypływają na wierzch. A kolorowa telewizja, staje się wtedy naszym jedynym guru. W poprzek tego, owszem czasem staramy się być szlachetni, lecz na ogół wolimy zerkać na kasę. Nie przypadkowo powstała „kasa chorych”… Śmierć, życie, pogrzeb – to kasa, nic innego. To tylko małe rodzinne tragedie, nic poza tym… naoliwić czasoprzestrzeń musimy co roku. Co roku, co nowe dziesięciolecie należy oddać naszą daninę przeróżnym bogom. Każdy Bóg, bez wyjątku, lubi i kocha ofiary z krwi.

Poplamiłem swój mózg plakatami lewicowymi, prawicowymi, z domieszką katolicyzmu. W efekcie tego wszystkiego nie wiem, kim jestem. Nie potrafię odnaleźć, tej pewności, jaką ma większość wokół. Nie potrafię krzyczeć – jest tak i koniec to katolicy, chrześcijanie, kurewska lewica czy pierdolona prawica. Ten jest stąd, a tamten stamtąd. Potrafię krzywo patrzeć nawet na to, co mówię. Cały czas walczyłem z kościołem, tak samo jak on całe życie chciał mnie spacyfikować, ale zadałem sobie pytanie – po co? Przecież walcząc jestem taki sam jak cała reszta.
Outsider – wybieram ciemną stronę swojego Ja. Uciekam w kąt. W marzenia bycia kimś innym. Tak chciałbym móc być kimś innym. Artystą. Móc opisywać w sposób twórczy, to co widzę. Kochać się z językiem. Pierdolić jego składnię, jebać jego reguły, zachowując jednak jego podstawową rolę, czy też cechę - komunikacji. Słowo jako sztuka, jako idealne piękno. Jak doskonały, idealny twór artystyczny.

Kiedyś szedłem ulicą, zobaczyłem kosz na śmieci. Jakież moje było zdziwienie, że w środku był pusty. Zacząłem się mu przyglądać. Włożyłem jedną nogę do środka, później następną. W końcu zostałem śmieciem. Ten kosz niewiele różnił się od naszych umysłów – był ciasny…

Chwilę później przechodził Elvis, spojrzał tylko na mnie i powiedział – Ja już nie żyję…

Bardzo rodzinne święta Bożego Narodzenia... (Mesjash)

No więc po kolacji wigilijnej, kiedy cała rodzina była najedzona do granic możliwości, po rozpakowaniu prezentów, zaśpiewania wspólnie kolęd, obejżeniu jakiegoś tandetnego bo powtarzanego już od kilku lat filmu w telewizji przyszedł czas na pasterkę, na którą chodzę od kilku lat co roku.
Ponieważ jestem prawdziwym Chrześcijaninem wziąłem sobie chyba zbyt dosłownie informacje na temat tego, że pan Jezus urodził się w STAJENCE co w wolnym tłumaczeniu może znaczyć STODOŁA. No więc około godziny 23.30 zjawiłem się razem ze szwagrem w tymże lokalu i ku wielkiemu zaskoczeniu stwierdziliśmy, że niesamowita ilość Ludzi właśnie tak jak my zinterpretowała słowo STAJENKA. Po długim i mozolnym szukaniu stolików udało nam się znaleźć miejsca siedzące. Zamówiliśmy po piwku (żeby mieć chociaż namiastkę tego co księża piją na codzień w kościele czyli winka) i zaczęliśmy się rozglądać po barze. Zaskoczyło nas to, że chyba cała młodzież mieszkająca w Zebrzydowicach zmieściła się właśnie tutaj, w tak pozornie niewielkiej knajpce. Ludzie grali w bilarda, inni oglądali telewizję i nikt nawet nie myślał o tym, żeby sprawdzić czy ksiądz dostatecznie dużo zebrał na tacę :) Jednakże po kilku piwach niektórzy zaczęli nawet śpiewać kolędy i zrobiła się całkiem miła i przyjazna atmosfera, poza tym, że strasznie drażni mnie widok naćpanych małolatów, które zamiast pomodlić się do Boga wolą przyćpać za rogiem baru. Pomijając ten fakt, atmosfera zrobiła się całkiem rodzinna i Ci najbardziej wytrwali zostali nawet do godziny 5 rano (m.in. mnie również się to udało). Pewnie dał bym radę posiedzieć troszkę dłużej gdyby nie fakt, że na godzinę 6 miałem być w pracy. tak, tak w święta ludzie zapominają o pracy, i stają się bardzo rodzinni, szkoda tylko, że nie w gronie najbliższej rodziny a w gronie rodziny od... kufla napełnionego piwem.
..


POWRÓT NA STRONĘ GŁÓWNĄ